Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyskusje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dyskusje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2020

Uwięziona w izolacji przez koronawirusa


Tkwiąc uwięziona przez kolejny dzień izolacji spowodowanej koronawirusem, w pomieszczeniu zamkniętym, zarówno podczas marcowego deszczu, stukającego o szyby okna, jak i w piękną słoneczną pogodę, o której znamionach świadczą między innymi promienie przemykającego się przez metaliczne żaluzje światła, wyobrażam sobie Park Centralny w Olsztynie jako dużą pustą dziurę w samym środku miasta.

Nie mogąc wyjść z domu, zaglądam co jakiś czas do mediów społecznościowych. Tam natykam się, między innymi, na zdjęcia Pana Rafała Bętkowskiego, który często tamtędy przechodząc w kierunku, najprawdopodobniej, Muzeum Nowoczesności lub dawnego Tartaku Raphaelsonów, fotografuje idealnie puste przestrzenie. Czasami gdzieś na horyzoncie wyłania się nieśmiało jakaś postać ludzka, którą trudno jest zidentyfikować: sylwetka kobieca w płaszczu, bardzo oddalona. Ale w pamięci pozostaje idealnie czysta i równiutko ułożona kostka polbrukowa, to wspinająca się ku górze, to spadająca w dół, to zakręcająca w prawo, to w lewo, podczas deszczu lśniąca niczym grzbiet węża, a w czasie świetlistej pory, akumulująca promienie słoneczne na jej jasno-szarej powierzchni. Ten księżycowo-surrealistyczny bezludny krajobraz istnieje nie tylko podczas epidemiologicznej kwarantanny, bo śledząc jeszcze grudniowe zdjęcia Pana Rafała Bętkowskiego, widzę tę samą pustkę zarówno o porannych jak i popołudniowych porach. W godzinach wieczornych nastrój zdjęć nadal jest spowity bezludną ciszą. Ciemny, niemal abstrakcyjny obraz rozświetlany jest co jakiś czas przez którąś z interakcyjnych latarni parkowych, reagujących na przechodnia. W tym konkretnym przypadku tym przechodniem musiał być sam autor zdjęcia. Nic nie widać. Słychać szum wody w Łynie, której odblask niektórych jej fal czasami rozświetla miejska latarnia. Nie widać człowieka, a każdy przechodzień w oddali o niezdecydowanym kroku, może przybierać o tej porze demoniczne kształty. Gdy jest wiatr, to słychać szelest drzew, które są stosunkowo młode i nieliczne. Niektóre rośliny i obiekty przybierają o tej porze kształt nieokreśloności, stanowiącej pokarm dla wyobraźni historyka: tam gdzieś w oddali widzi postać w komicznym cylindrze. Historykowi brakuje tu dźwięków ludzi wychodzących i wchodzących do tartaku, tętniących maszyn do przycinania drewna, zapachu tego drewna, zmieszanego z wonią łajna końskiego. Nie słychać już motorów dawnych samochodów, maszyn parowych, ich gwizdu zmieszanego z ludzkim bełkotem i parsknięciem zirytowanego tą sytuacją konia, którego młody pracownik w czapeczce z daszkiem klepnął przyjaźnie, ale koniowi to się nie spodobało. Odburknął więc.

Trawnik, wokół którego toczyła się dyskusja na temat jego przyszłego charakteru milczy. Może pod trawnikiem, w dość żyznej ziemi koczują leniwie dżdżownice. Jedni bywalcy parku w miesiącach letnich marzyli o tym, aby stał się bardziej dziki, mniej przycinany, kwietny, przyjazny owadom miejskim. Położywszy się na takim trawniku usłyszałabym w uchu dźwięk któregoś z tych owadów. Długie kłosy trawy byłyby najprawdopodobniej lekko zwilgocone poranną rosą. Siadałabym ostrożnie, bojąc się, że ubranie przemoknie otaczającą mnie wilgocią. Inni bywalcy parku marzyli o polu golfowym w sercu miasta.

Te czasoprzestrzenie nakładają się wzajemnie na siebie, jak poucinane klatki z paru filmów, obrazów czy sztuk teatralnych: impresjonistyczne postaci ze śniadania na trawie, wkomponowane przez prof. Stanisława Czachorowskiego w realia Parku Centralnego w Olsztynie, przeplatają się ze zwolennikami gier plenerowych. Ktoś unosi w ręku ciężką metalową kulę. Metal błyszczy w słońcu i przywołuje mi marsylskich graczy, o przepracowanych nieco rękach, naznaczonych wiekiem, kontaktem z promieniami słonecznymi i godzinami spędzonymi przy rozplątywaniu sieci rybackich. Ale w Parku Centralnym nie słychać mew, raczej subtelny świergot warmińskich ptaków miejskich, których głos jest w stanie rozpoznać dr Krupa. Ale dziś go tu nie ma. Naprzeciwko mnie widzę młodzież, między innymi z olsztyńskiego technikum gastronomicznego. Lubią tę przestrzeń, ale spotykają się w niej latem. Mówią mi, że wolą znacznie bardziej tę przestrzeń anieżeli tą z Parku Kusocińskiego. Zapytawszy się dlaczego, odpowiadają: „Bo tu jest mniej patologii”. Odchodzą śmiejąc się, a ja kontynuuję mój spacer. Minęłam drzewa otoczone drucianą siatką, które upodobały sobie miejscowe bobry. Nie widzę bobrów, ale na otoczonych metalicznym ogrodzeniem pniu, widzę efekt ich rzeźbiarskiej pracy. Dłutem miały być ich sprawne i ostre zęby. Drzewa skupione w dość krzaczastym zespole, na niemalże samym brzegu Łyny, tkwiące w lekkim zagłębieniu i zmuszające tym samym, nieco bardziej wnikliwego obserwatora, do zejścia w dół, po stromym, nieco błotnistym brzegu. Prof. Czachorowski jest zdania, że w parku należałoby nasadzić więcej drzew dla bobrów, tak aby tych nielicznych drzew nie trzeba było chronić siatką, tak aby umożliwić im rozwinięcie ich pasji strzępienia ząbków w kontakcie z korą, a następnie kolejnymi warstwami pnia drzewa. W Parku Centralnym goszczą co jakiś czas lisy. Widział je Pan Rafał Bętkowski: nie bały się kontaktu z człowiekiem, zachowując z nim przyjazny choć bezpieczny dystans. Na zdjęciach innej olsztyńskiej fotografki, Marty Gołoty, figurują w porze letniej dziki. Nie słyszę dźwięku odstrzałów w sercu Olsztyna. Unosząc głowę do góry widzę na drzewach przytwierdzone jasne budki. Nazywam je budkami dla ptaków, choć prof. Czachorowski twierdzi, że są to budki dla nietoperzy. Dla rzeźbiarza byłyby to proekologiczne instalacje plenerowe występujące w grupach bądź skupiskach drzewnych. Cechą wspólną tych skubizowanych form zawieszonych na drzewach jest między innymi otwór umożliwiający mniejszym stworzeniom latającym wejść do środka tej struktury, aby następnie móc z niej wyjść i zobaczyć ponownie światło dzienne.

Człowiek tkwiący w pomieszczeniach zamkniętych przez kolejny dzień izolacji marzy o wolnej, niczym nie ograniczonej przestrzeni. Szczytem marzeń takowego „więźnia” byłaby zapewne równina mongolska. Pomyślmy o Parku Centralnym w takich kategoriach. Bo czym jest przestrzeń i jak się w niej czujemy: czy chodniki „narzucone” przez architektów nie ograniczyły naszej wolności i logiki w pojmowaniu dotychczasowej przestrzeni? Piesi przemykający szybkim krokiem park z ulicy Szrajbera ku Kościuszki ignorują chodniki i przemieszczają się naturalnie wydeptanymi przez poprzednich użytkowników ścieżkami. W miesiącach deszczowych łatwo jest się w takich miejscach poślizgnąć lub zabrudzić but lepką błotną materią, którą tak polubiły niektóre miejskie dzieci: z entuzjazmem rozpędzają się ku kałuży, aby ubrudzić się. Inne dzieci tarzają się w błotku, a im bardziej wprawiają w zakłopotanie swoich rodziców, tym intensywniej ta czynność wydaje im się satysfakcjonująca.

W Parku Centralnym jest plac zabaw. Może w przyszłości przydałaby tu się przestrzeń skonstruowana z bardziej naturalnych surowców, bardziej ulegających biodekompozycji? Przyglądam się z bliska kropli zawieszonej na poprzecznej kolorowej metalicznej instalacji, po której dzieci wspinają się bądź zawieszają w porach bardziej suchych, niekoniecznie słonecznych. Dziś plac zabaw przypomina wystawę miejscowych abstrakcjonistów geometrycznych. Między trójwymiarowymi formami prześlizguje się tylko wiatr. Chciałabym poczuć muśnięcie tego wiatru na moich własnych policzkach, ale ten przywilej nie spotka mnie jeszcze przez przynajmniej parę najbliższych dni.

Człowiek prześlizgujący się w tłumie przechodniów na ulicy dużego anonimowego miasta, czuje się jak ryba dryfująca w stadzie: bezosobowo i bezpiecznie, zintegrowana w anonimowym tłumie, stanowiącym tym samym schronienie. Jakże nagi i samotny staje się jednostkowy przechodzień w pustej przestrzeni parkowej. Krok przechodnia może zdradzać stan jego zdrowia, może również podpowiedzieć wnikliwemu obserwatorowi, czy jest on natury extra- czy też introwertycznej i czy ma problem ze zbyt niskim lub zbyt wysokim ciśnieniem. Nasz sposób chodzenia zdradza wnikliwemu obserwatorowi nastrój przechodnia, jego dyspozycyjność: brak czasu na obserwację szczegółu lub odwrotnie: precyzję jego obserwacji. Kroki ludzkie zdradzają również, czy przyszliśmy do parku, aby spędzić w nim czas, czy przemykamy się mimochodem przez tą przestrzeń, aby dotrzeć z miejsca pracy do pobliskiego centrum handlowego.

Ktoś zatrzymał się na środku jednego z mostków nad Łyną, zwiedziony odbiciem gałęzi przybrzeżnych drzew, których wciąż jest w Parku Centralnym za mało. Za mało jest starych drzew – mówił Pan Rafał Bętkowski. Za mało miejsc, gdzie można się gdzieś schować i mieć satysfakcję z bycia nieocenianym w przestrzeni publicznej – mówi francuska wolontariuszka. Czy w Parku Centralnym można latem zasnąć siedząc na ławce lub na trawniku, bez groźby bycia okradzionym lub w inny sposób spenetrowanym? Czy mam poczucie bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej? Co się stanie z moim ciałem, gdy zemdleję? Czy mogę wtedy liczyć na lojalność innych przychodniów, czy raczej, obudzę się bez obuwia, gdyż podczas stanu braku świadomości mojego ciała, moje wierzchnie ubranie i obuwie zmieni użytkownika, a moja tożsamość zostanie przefigurowana w mediach społecznościowych? Czy w momencie omdlenia w przestrzeni publicznej ludzie sięgną po SmartPhone’y w celu wezwania pogotowia, czy raczej uprzednio sfotografują bezwolne ciało w celu jego popularyzacji w mediach społecznościowych?

Czy w przestrzeni publicznej czuję się bezpieczna rozmawiając z drugim człowiekiem? Czy nie czuję się podsłuchiwana lub podglądana? Czy ktoś mnie w tej chwili nagrywa? Czy moje personalne odczucia z tej przestrzeni zostaną wykorzystane i przetworzone dla celów naukowych? A może mój głos zostanie zmiksowany dla nowej piosenki hip-hopowej i usłyszę samą siebie w zwolnionym lub przyspieszonym tempie, wkomponowaną w dźwięk syntetyzatorów. Dzieciaki będą moczyć nogi latem w fontannie pomimo miejskich zakazów i tabliczek oznajmujących administracyjną czcionką o niegodziwości tego szalonego przedsięwzięcia. Pochlapałam się! A właściwie to on mnie pochlapał! Tak, jestem pochlapana.

A ten gość w czapeczce z daszkiem, to splunął przed chwilą do fontanny. Jego ślina rozpuściła się w wodzie, którą zostałam ochlapana. No i co teraz będzie?

Dlaczego rzuca Pan butelką na odległość do Łyny? Czy nie zdaje sobie Pan sprawy z tego, że na dnie tej rzeki sto innych takich jak Pan pozostawiło butelki na dnie tego jeziora. A wie Pan ile czasu trzeba poświęcić, aby uzyskać patent nurka rzecznego i legalne kompetencje uprawniające do wyławiania butelek, opon, puszek i części od sprzętu elektronicznego?

Gdy elektrośmieci, butelki, opony opadają na dno, to po jakimś czasie zaprzyjaźniają się z nimi podwodne żyjątka. Są nimi między innymi chruściki, ale nie tylko: popatrzcie na te skorupiaczki! Jak silnie przytwierdziły się do butelki! A ten skorupiak upodobał sobie nawet tę puszkę plastikową, rdzewiejącą i obrośniętą mchem. Wyłowione żyjątka wodne nie mają szansy na przetrwanie: w tym kontekście akcji ekologicznej na rzecz oczyszczenia Łyny, te małe stworzenia zostają uznane za część puszki, opony, innej kauczukowej lub plastikowej formy. Wyłowione z naturalnego wodnego środowiska wyschną. Nikomu nie przyjdzie do głowy, aby odkleić tego skorupiaka od opony bez uszkodzenia jego wewnętrznej struktury, aby ponownie zanurzyć go w wodzie, aby ten znalazł sobie schronienie w bardziej naturalnej formie: w starym próchniejącym drewnie lub kamieniu. Kto będzie miał taką cierpliwość? O losie tych żyjątek wodnych podczas ich wyławiania opowiadał prof. Stanisław Czachorowski.

Nie zawsze jednak woda jest w stanie ciekłym. Woda może ulec zamarznięciu. W warunkach ocieplenia klimatycznego zdarza się to coraz rzadziej i rzadziej. Możemy tylko wspominać momenty, gdy się poślizgnęliśmy po zlodowaconej nawierzchni w Parku Centralnym. Ten chwilowy stan zachwiania, w którym w ciągu ułamka sekundy musimy intuicyjnie zadecydować, w którą stronę się przechylić i wygiąć bezpiecznie, aby upaść w dobrym kierunku, to znaczy, tak, aby nie złamać ręki, ani nogi i aby ten stan zachwiania skończył się jednym skromnym siniakiem na udzie. Lód jest twardy. A gdy topnieje, to pluszcze pod stopami i znowu nie wiadomo, gdzie postawić nogę tak, aby się przypadkiem nie poślizgnąć.

Gdy w Parku Centralnym ściemnia się, to światła z Muzeum Nowoczesności przyciągają zabłąkanego przechodnia, wabiąc go jak ćmę do ognia lub rozgrzanej żarówki. Jest cisza, ale w oddali słyszę szum samochodów. Słyszę również ciche prześlizgiwanie się fal rzecznych albo wydaje mi się, że je słyszę. Słyszę dźwięk przejeżdżającego roweru. Sympatyczna rowerzystka zatrzymuje się pytając mnie, czy nie wiem, jak dojechać z okolic Hotelu Wileńskiego na ulicę Kościuszki. Pytam najpierw siebie samą: a czym ja sobie zasłużyłam na takie wyróżnienie? Jestem mieszkanką peryferii Olsztyna, ale będąc w Parku Centralnym niektórzy rowerzyści przypisują mi cechy osoby dobrze zaznajomionej z przestrzenią parkową. Ponieważ dzieli nas dość duża przestrzeń i boje się, że mój niezbyt donośny w tym dniu głos nie dotrze do ucha rowerzystki, pokazuję ręką gest wskazujący kierunek jazdy. Rowerzystka uśmiecha się przyjaźnie i odjeżdża. Dziś zdałam mój egzamin z orientacji w terenie, ale kompletną porażką okazała się identyfikacja instalacji drewniano-słomianych w pobliżu Aury. Myślałam, że są to ule, ale prof. Czachorowski twierdzi, że to z pewnością nie są ule, tylko domki dla owadów lub w ostateczności instalacje ekoartystyczne o niezidentyfikowanym przeznaczeniu. Nie do końca również wiem, czym są zespoły kamienne w pobliżu owych „proekologicznych instalacji”. Dawne nagrobki? A może są to pozostałości po fundamentach dawnych budowli. Ale jakich budowli?

Krzątając się to tu, to tam po parku, próbuję sobie również odpowiedzieć na pytanie, gdzie kiedyś znajdowały się ogródki działkowe? Czy ta tradycja powinna zostać zrewitalizowana w kontekście edukacji społecznej i w celu pokazania ludziom nowych możliwości lokalnej samowystarczalności: czy skosztowalibyście Państwo pomidory z Parku Centralnego? Jakie inne rośliny można będzie dosadzać w Parku Centralnym w warunkach ocieplenia klimatycznego? Czy rośliny uważane do tej pory za inwazyjne, jak nawłoć kanadyjska czy rdestowiec zostaną przedefiniowane i uznane za rośliny mające prawo do bytowania w innym kontekście geograficznym, nie będąc uznanymi za obce? A co z miłorzębem japońskim o licznych własnościach terapeutycznych? Jakie drzewa i krzewy są przyjazne ludziom? I jacy ludzie są przyjaźni drzewom i ptakom? W jakiej odległości od siebie powinny być nasadzane drzewa, tak aby ludzie przechadzający pod nimi stawali się w stosunku do siebie przyjaźni, a przynajmniej przychylnie nastawieni? Jaką kawę lub napar z jakiego zioła należałoby serwować przechodniom parkowym, aby popatrzyli na swoje miasto świeżym okiem i zauważyli, że mieszkają w wyjątkowym miejscu?

Właściciel hulajnogi przemknął szybko po polbruku mijając właścicielkę ratlerka w eleganckim kubraczku. Owo zminiaturyzowane na potrzeby człowieka udomowione zwierzątko cierpi na reumatyzm, podobnie jak jego właścicielka, specjalizująca się w robieniu sweterków na drutach dla pieseczków swoich koleżanek. Niektórzy czują się do tego stopnia swojsko w przestrzeni Parku Centralnego, że wychodzą na spacer w piżamie. Ten kod identyfikacji zewnętrznej mówi mi, że ta osoba czuje się w tym miejscu „u siebie”. A może znowu zignorowałam jakiś nowy trend w popkulturze?

Patrzę na budynki otaczające tę przestrzeń: na horyzoncie bloki, bliżej: inne miejskie zespoły mieszkalne, a po przeciwległej stronie: Katedra Świętego Jakuba wpleciona w odbudowane kamienice miejskie. Estetyka przypadkowego kolażu. Na pierwszy rzut oka gryząca się wzajemnie ze sobą, ale po dłuższym wpatrywaniu się w te sąsiadujące ze sobą budynki widz dochodzi do ugody z tym porządkiem rzeczy, a właściwie to zaprzyjaźnia się z bałaganem, akceptując sąsiedztwo sprzecznych estetyk. Czyż Centrum Georges Pompidou nie budziło zastrzeżeń z powodu sąsiedztwa tych futurystycznych instalacji ze starymi kamienicami?

Zjadłabym marcepana z zamkniętej w tej chwili kawiarni „Moja” w Parku Centralnym, aby jak magdalenka Prousta rozpuszczająca się w ustach, przypomniała mi o czasie, który minął, który bezpowrotnie odszedł i odtworzyła swoim smakiem dawne spotkania, dialogi, widoki i dźwięki. Gwieździste niebo i bardzo wyraźnie widoczna na niebie konstelacja Wielkiego Wozu podpowiada, że jutrzejszy dzień też będzie słoneczny.

W Parku Centralnym nie będzie jutro wielu przechodniów. Przestrzeń odpocznie od człowieka. Człowiek pozwoli jej odetchnąć. Ale czy pozwoli zdziczeć i zarosnąć? Jak wyglądałaby ta przestrzeń bez człowieka za dwieście lat? Jakie rośliny zaczęłyby się rozprzestrzeniać bez zakazów i nakazów administracyjnych? Jakie nowe zwierzęta przybyłyby do tej przestrzeni? I czy człowiek jest potrzebny Parkowi Centralnemu? Park Centralny pyta się człowieka, dlaczego został tak przez niego nazwany. Człowiek nie odpowie na to pytanie, bo go tu nie ma.

Ewa Surażyńska




piątek, 27 marca 2020

Nowe trendy fotograficzne w dobie epidemiologicznej w roku 2020. Pusta przestrzeń miejska obserwowana w mediach społecznościowych na świecie, Europie i najbliższej okolicy.


Sytuacja epidemiologiczna w dobie Koronawirusa wygenerowała ciekawe zachowania z punktu widzenia socjologiczno-demograficznego. Jedną z tych tendencji jest obserwacja pustych przestrzeni miejskich w dobie przymusowego izolowania się w prywatnych przestrzeniach zamkniętych. Twórcą tego trendu jest ten, który nagle znalazł się w takiej sytuacji: konfrontacji swojej jednostkowej obecności z nieobecnością innych. To zderzenie jednostki z pustą architekturą, ulicami, placami, parkami, przestrzenią pustych centrów handlowych jest uczuciem nadzwyczajnym. Nagle jedna osoba jest świadkiem opustoszałej historii miasta, które zostało wzniesione przez tyle istot ludzkich. Zdajemy sobie jednocześnie sprawę z tego, że ta architektura została skonstruowana przez wiele, często sprzeczających się ze sobą pokoleń.

Pieszy pokonujący taką przestrzeń czuje się niczym gracz w wirtualnej grze komputerowej, ale przeniesionej do realnej przestrzeni, w której się w danym momencie znajduje. Relacja z przestrzenią w realnym spacerze jest pogłębiona o naturalne bodźce słuchowe jak dźwięk własnych kroków i zapach otoczenia. Może być nim zapach parującej w słońcu ziemi w przestrzeni parkowej, muśnięcie zimnego, przedwiosennego wiatru lub osadzający się we włosach i odkrytych częściach skóry pył przypominający drobne ziarnka piasku. Pusta przestrzeń może być fotografowana w słoneczną bezchmurną pogodę, podczas zachmurzenia, deszczu, efemerycznej śnieżnej zamieci lub gdy zapada zmierzch, a nawet nocą, aby potem fotografować ją, gdy świt zaczyna nieśmiało wylęgać się z objęć nocy.

Najbardziej zaskakującym zjawiskiem jest miejsce i pora, do których przypisana jest estetyka wypełnienia przestrzeni tłumem spieszących się przechodniów. Gdy ta przestrzeń, nagle, opustoszeje w miejscu i czasie niedostosowanym, w naszych kategoriach myślowych, do estetyki pustki, to świadek takiego zjawiska czuje się wyróżniony z powodu stania się jednoosobowym świadkiem tego momentu: jak pierwszy człowiek stawiający swoje kroki w umarłym mieście, zaginionej cywilizacji sprzed 1000 lat; lub odwrotnie: jak ostatni świadek ginącej społeczności. Można też snuć wątki porównawcze z innymi planetami: kosmonauta niepewnie stawiający pierwsze kroki na Księżycu, jak dziecko, które nagle czuje, że może samodzielnie stawiać kroki, a przynajmniej pierwsze trzy, zanim czuwający nad nim rodzic nie przytrzyma spadającej na skutek braku utrzymania równowagi sylwetki.

Te niezwykłe momenty rejestrujemy aparatem fotograficznym. Jest moment naciśnięcia spustu: w tym konkretnym kadrze chcę uwiecznić tę przestrzeń. Potem jest czas na zastanowienie się, które zdjęcia najbardziej oddały smak tej chwili pustki, a na samym końcu jest decyzja o podzieleniu się tym doznaniem w mediach społecznościowych. Jedni publikują swoje zdjęcia w momencie ich realizacji, jak reporter z obszaru objętego wojną, który nie wie, czy za godzinę będzie jeszcze wśród społeczności żyjącej, ale są i tacy, którzy udostępnią to świadectwo po piętnastu latach.

Ewa Surażyńska (tekst),  Tymoteusz Mudrak (foto) 
Studenci Analizy i Kreowania Trendów II° UWM.








niedziela, 8 marca 2020

Warmińskie freeganki



TAK JESTEŚMY FREEGANAMI i nie wstydzimy się tego!
Wiecie co to jest freeganizm? Uwaga! Temat mocno kontrowersyjny :-) Ale nie boję się takich tematów. Ostatnio pisałam o robalach, które mogą stać się żywnością przyszłości i która uratuje ludzkość przed głodem, przy okazji może korzystnie wpłynąć na klimat. ALE NURTUJE MNIE JESZCZE JEDNO!

Chcemy wprowadzić następny produkt żywnościowy ale nie jesteśmy na to jeszcze gotowi ponieważ MARNUJEMY TERAZ TYLE ŻYWNOŚCI, że powinniśmy najpierw zająć się tym WIELKIM PROBLEMEM i nauczyć się wykorzystywać te produkty, które lądują na "śmietniku".
Freeganizm to antykonsumpcyjny styl życia obejmujący zarówno poszukiwanie żywności już wyrzuconej do śmieci, ale także proszenie o nadmiarowe i niepotrzebne towary zanim zostaną one wyrzucone przez restauracje, sprzedawców z targowisk lub hipermarkety.

Warmińskie Freeganki wyszukują dobre jedzenie wyrzucone przez sklepy, hipermakety czy na targu i przygarniają je, ratując je przed zmarnowaniem. TO JEST NASZA FORMA PROTESTU WOBEC KONSUMPCYJNEGO STYLU ŻYCIA I NIEZGODA NA MARNOWANIE ŻYWNOŚCI ! Nie obchodzi nas to co sobie ludzie teraz o nas będą myśleć...mamy do w d...pie. Nie godzimy się na marnowanie żywności gdy w innych zakątkach naszej pięknej planety głodują inni ludzie, gdzie niszczy się lasy by powstało jak najwięcej nowych pastwisk by produkować więcej żywności, która i tak wyląduje na śmietniku. Kto dał nam takie prawo by niszczyć przyrodę, jej owoce, naszą pracę ???
O freeganizmie dowiedziałam się od mojej córki Rozalia Wojszel, która zaczęła interesować się tym tematem i z ciekawości pojechała do kontenerów przy hipermarkecie we Francji. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła! Przywiozła do domu kilka skrzynek z pięknymi owocami i warzywami (a że jesteśmy wegetariankami to znalazłyśmy się w naszym wegetariańskim świecie :-)
Przyjechała do Polski i powiedziała: "mamuś zobaczysz co znajdziemy w kontenerach :-)" Kiedy otworzyłyśmy nasz pierwszy kontener łzy stanęły mi w oczach ale nie ze szczęścia ale z rozpaczy jak możemy my ludzie z czystym sumieniem marnować owoce naszej planety!? Nie wierzyłam w to co zobaczyłam, nie wierzyłam, że to się dzieje tu, u nas, tak blisko, myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w programach telewizyjnych.

I tak zaczęła się nasza przygoda z freeganizmem, dzięki, któremu chcemy zwrócić uwagę i krzycząc do świata: "OPAMIĘTAJCIE SIĘ !"

Jesteśmy świadomi, że freeganizm mimo szlachetnej idei ratowania żywności nadal wzbudza w polskim społeczeństwie wielkie kontrowersje. Głównie przez skojarzenia ze śmietnikami, które mamy przy swoich domach. Jednak śmietniki przy sklepach wyglądają inaczej, pełno w nich zapakowanego jedzenia, czy to jogurty, czy warzywa i owoce. A po takiej wyprawie ratowania żywości przywozimy je do domu, sortujemy, dokładnie wszystko myjemy, przetwarzamy lub dzielimy się z innymi.
Freegankami jesteśmy już od kilku miesięcy ale dopiero teraz o tym piszemy, ponieważ naszą misją jest by pokazać innym, że jak się chce to się da :-) To jest nasz KRZYK!
Jesteśmy szczęśliwe z każdego uratowanego produktu !

Czy wiecie jaki produkt spożywczy Polacy najczęściej wyrzucają do kosza? Z badań Kantar Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności wynika, że w naszych śmietnikach ląduje przede wszystkim:
- pieczywo 49%
- owoce 46%
- wędliny 45%
- warzywa 37%
Powodem marnowania żywności jest najczęściej przegapienie terminu przydatności do spożycia. Wyrzucamy też żywność dlatego, że nam nie smakuje lub ją źle przechowujemy.
Marnujemy rocznie 1/3 produkowanej żywności w czasach gdy aż 821 milionów ludzi na świecie GŁODUJE!

Marnujemy jedzenie, ponieważ jedzenie w Polsce jest ciągle tanie, szczególnie jedzenie mocno przetworzone. Marnujemy jedzenie ponieważ jesteśmy leniwi! Nie chce nam się myśleć, nie chce nam się planować. Z lenistwa nie planujemy co mamy kupić, z lenistwa nie planujemy co mamy jeść, z lenistwa wyrzucamy jedzenie, bo to co przychodzi nam łatwo, za małe pieniądze, NIE JEST SZANOWANE!

Produkty żywnościowe , aby zostały przyjęte przez hipermarkety MUSZĄ! spełniać unijne normy jakościowe. Dlatego owoce, warzywa już na etapie zbiorów są odrzucane przez rolników i sadowników. Natomiast sieć handlowa nie chce przyjmować takiego produktu, bo przecież płaci za konkretną jakość. My konsumenci również płacimy za jakość i nie chcemy z tej jakości schodzić, np. grad pobije rosnące jabłko, zrobią się na nim odgniecenia i to już jest zmarnowane jabłko, ponieważ dziewięć na dziesięć osób w sklepie po to jabłko nie sięgnie, choć to owoc równie wartościowy i smaczny, a jego wygląd nie ma żadnego wpływu na walory zdrowotne.

Sklepy narzucają producentom normy, ponieważ klienci wymagają idealnych owoców i warzyw. Czyli już tu możemy podjąć krok by nie marnować żywności, mianowicie wybierać owoce i warzywa, które nie są idealne :-) czy np. samotne banany ! wybieramy całe kiście bananów, a te pojedyncze zostają i to one najszybciej wylądują w koszu na śmieci, ponieważ samotne banany szybciej się psują niż te w kiściach.

Hipermarkety pozbywają się żywności, gdy te choć trochę stracą na wyglądzie. Zamiast marnować żywność sklepy i hipermarkety mogły oddawać ją na cele dobroczynne. Przepisy obowiązujące od 2013 roku pozwalały w takim wypadku nawet odliczać od darowizny podatek VAT i wpisywać w koszty działalności. Regulacja wtedy zmieniła sporo ale nie na tyle, by sklepom bardziej opłacało się przekazywać żywność niż ją utylizować. To niestety była dobra wola sprzedawcy. W 2019 roku sejm uchwalił nową wersję ustawy o przeciwdziałaniu marnowania żywności. Nakłada ona na sklepy obowiązek przekazywania niesprzedanej żywności organizacjom społecznym. Jeśli jednak sklepy będą wolały utylizować zapłacą dziesięć groszy za każdy wyrzucony kilogram. I tu MY FREEGANIE cieszymy się i mamy nadzieję, że żywność nie będzie marnowana jak do tej pory! Jednak i teraz nurtuje mnie jeszcze jedna sprawa, mianowicie jeżeli hipermarkety będą oddawały żywność organizacjom społecznym czy te organizacje mówiąc kolokwialnie nie zapchają się jak wielką ilością żywności? czy zdążą to wszystko przetworzyć? Ale to już inny temat (który trzeba zbadać :-)

Kto z WAS jest gotowy na SKIP? :-)
Skip to wypady grupy osób na śmietniki przy sklepach w poszukiwaniu nadających się do jedzenia produktów.

Anna Wojszel



niedziela, 8 grudnia 2019

Człowiek przyszłości – bardzo krótki esej

Jez. Ukiel
Do dzisiejszych rozważań o człowieku przyszłości w formie krótkiego eseju, a więc refleksji subiektywno-zindywidualizowanej, skłonił mnie długi weekend związany ze świętami obchodzonymi w naszej sferze kulturowej pierwszego i drugiego listopada. Nie jest to data oczywista dla każdego śmiertelnika: po przejrzeniu moich ulubionych stron internetowych zauważyłam między innymi, że prowansalska biblioteka dla tamtejszych studentów prawa [1], ogłasza publicznie w języku iście barbarzyńskim dla Francuzów, iż w tym dniu jej drzwi są zamknięte. Tekst ten jest z pewnością skierowany do przedstawicieli ludów iście barbarzyńskich, ale studiujących na obszarze dawnego imperium rzymskiego, gdyż czytamy: „Sorry we’re closed” (bez przecinka za słowem „sorry”). Z tej anegdotycznej perspektywy wprowadzę czytelnika w sferę multikulturalnej społeczności studenckiej. Niniejsze ogłoszenie nie jest bynajmniej skierowane do brexitujących anglosaksońskich studentów, ale do tych przybyłych z Chin, Indii, Mongolii lub Bułgarii. Wbrew pozorom o wiele lepiej doinformowanymi, pod względem francuskiej obyczajowości, okazaliby się studenci z Algerii, Maroka, Senegalu i jemu pokrewnych, bo choć obyczajowość religijna tych ostatnio wymienionych jest nieco odmienną od rdzenno-francuskiej, to są oni bynajmniej dobrze zaznajomieni i obyci w sferze językoznawczo-kulturowej Francji. 

Ktoś mógłby zadać pytanie: ale jakim kosztem doszło do tej integracji? Nie będę się w niniejszej wypowiedzi wgłębiać  w niuanse postkolonialne i tym samym przypominam, o rozdziale sfery publicznej od prywatnej na terenie Republiki Francuskiej. Choć paradoksalnie, raz do roku, dni spotkań studentów  z różnych stron świata, zazębią się z katolickim świętem Zielonych Świątek, w pobliskiej miejscowości La-Baume-lès-Aix [2]. W tymże centrum jezuickim, gdzie można uświadczyć, między innymi, salę im. Pierre’a Teilhard’a de Chardin’a, gdzie gromadzą się wybrani doktoranci z francuskich uczelni, ale i innych stron świata i to niekoniecznie z francuskiej sfery językowej, aby podczas tzw. Doctoriales en Provence [3] dokonać w bardzo krótkim czasie wspólnej burzy mózgów i skonstruować coś, co pozwoliłoby zaprojektować jakiś niezbędnik, dla człowieka przyszłości, biorąc pod uwagę zdanie zarówno muzyków, plastyków, informatyków, ekonomistów, psychologów, socjologów, prawników, botaników i innych specjalistów z różnych stron świata, zakątków Europy i Francji. Już 2010 [4] rok pokazał tendencje skłaniające do zastanowienia się nad obecnym stanem zaśmiecenia globalnego: jak zarabiać poprzez recykling’owanie odpadami? Czy praca „sprzątacza Ziemi” ma zawsze pozostać wolontariacką? 

Co sprawić, aby zaczęto płacić ludziom nie za produkcję i tym samym zaśmiecanie otoczenia, ale za „odświeżenie” otoczenia z aluminiowych puszek, plastikowych toreb, petów, różnorakich opakowań po produktach z pobliskich sklepów spożywczych – ta ostatnia refleksja jest natchnieniem wynikającym z odbycia krótkiego spaceru w pobliskim lesie, gdzie tym razem nie znalazłam obudowy po trójwymiarowym komputerze, w którym miejscowe dzikie koty znajdowały schronienie, ani porzuconej opony, na którą, w sezonie zimowym, mogli natknąć się młodzi saneczkarze. Być może człowiek przyszłości rozwinie swój słownik terminów związanych z leksyką odpadów komunalnych w postaci elektrośmieci o wielkogabaretowych rozmiarach wymykających się rozmiarom klasycznych pojemników? Tym pół humorystycznym akcentem kończę mą krótką wypowiedź i odsyłam czytelnika do obserwacji okolicy z zasięgu ręki.

Ewa Surażyńska


[2] Zob. Doctoriales en Provence 2010. Un passeport pour l’emploi des doctorants.
[3] https://doctoriales.univ-amu.fr (data: 02.11.2019).
[4] Podczas wcześniej wspomnianych Doctoriales 2010.

Olsztyn

Park Kusocińskiego

Prowansja

niedziela, 27 października 2019

Własny punkt widzenia do kategorii potencjalności i jej obecności w sztuce wizualnej w kręgu kultury europejskiej


Potencjalność, bądź jej symptomy, można między innymi rejestrować za pomocą nośnika jakim jest aparat fotograficzny, ale nie wystarczy sama sztuka kadrowania obrazu, wyczucia światła w celu rejestrowania momentu, który uznamy za potencjalny. W tym doświadczeniu i ćwiczeniu zarazem, nauczyłam się dobitniej odróżniać to co sztuczne, od naturalnego. Zauważyłam również, że przy rejestrowaniu kiełkujących nasion, fotograf jest zmuszony schylić się nad światłożądną roślinką, położyć się na odmarzającej lub skroplonej poranną rosą ziemi; i popatrzeć na świat z perspektywy mrówki i ślimaka. Wybrałam jako przykłady właśnie te dwie żywe istoty, bo ich rozmiar nie jest dostosowany do ludzkiego i trzeba nie lada wirtuozerii intelektualnej, aby dojść do punktu widzenia mrówki czy ślimaka.

Doszukiwanie się wizualizacji potencjalności w najbliższym otoczeniu, tym z zasięgu ręki i oka, pomogło mi zrozumieć błędy wychodzące z antropocentrycznego stylu myślenia i wychowania, do którego bardzo już przywykliśmy. Przykładem myślenia antropocentrycznego jest chociażby proces budowania szerokich autostrad pomagających człowiekowi i udomowionym przez niego zwierzętom, w pokonywaniu dużych odległości w niezmiernie krótkim czasie.

W procesie oglądania się za zaspokojeniem własnych potrzeb architektoniczno-urbanistycznych zostały zignorowane potrzeby istot mniejszych, jak żab, jeży czy lisów, dla których pokonanie przejścia z jednej strony szosy na drugi stało się ryzykiem związanym z niebezpieczeństwem bycia zgniecionym przez samochód. Innym zauważonym przeze mnie przykładem arogancji wobec tego co potencjalne, zwłaszcza w kadrze tych konkretnych studiów, jakimi było dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, było zauważenie przeszkód w postaci tam i różnorakich barier na rzekach i jeziorach uniemożliwiających swobodny przepływ ryb i ptaków wodnych. Stan zaśmiecenia i zanieczyszczenia pobliskich zbiorników wodnych lub chociażby najbliższego lasu pokazuje, że nie dajemy temu co potencjalne, niezbędne i piękne zarazem, szansy na przetrwanie.

W początkowej fazie moich poszukiwań, jako studentki kierunku, jakim jest dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, siedliska potencjału szukałam, zdaje mi się, że w sposób chybiony, w starych kamieniach, ruinach gotyckiego zamku i innych ceglasto-kamiennych budynkach, które okazały się mieć niewiele wspólnego z potencjalnością; z wyjątkiem może sowiego gniazda na jednej z wież zamkowych. Zbliżenie się ku temu, co naturalne i zignorowane, zaczęło dawać pierwsze pozytywne, jeśli tak to można ująć efekty, w trakcie moich wizualnych rejestracji. Często dzieje się również tak, że do tego co potencjalne podchodzę w sposób spontaniczny, intuicyjny i nieintencjonalny. Potencjalności, a zwłaszcza jej rejestracji nie znajdziemy, gdy zbyt intensywnie jej szukamy, np. na potrzeby zarejestrowania jej w celu uzyskania konkretnego rezultatu badań na określony administracyjnie termin. Potencjalność wykluwa się na naszych oczach, tak jakby od niechcenia i przypadkiem, a zwłaszcza, gdy jej nie zauważamy wprost. Tkwi nie tylko w sferze wizualnej. Aparat fotograficzny jest przecież narzędziem sztucznym, nie rejestruje zapachu, gęstości powietrza, a w przypadku zdjęcia, które nie jest rejestrem filmowym, ciszy lub hałasu.

Proces opisywania potencjalności w XXI. wieku jest również obarczony niedostatkiem, bo proces pisania wymaga odizolowania się od tego co naturalne. O tym, czy moje rozważania zostaną przeczytane, zależy między innymi od sprawności komputera, którym się posługuję i jego kompatybilności z drukarką, pomijając kwestię osobistego dostosowania lub jego braku do wyżej wymienionych narzędzi pracy. Czasami do potencjalności podchodzimy w sposób chybiony. Aby wyjść jej na spotkanie, musiałam odsunąć logikę oceniania rzeczy, które napotykałam na mojej poszukiwawczej drodze i wejść w sferę, którą nazwałabym „poza dobrem i złem”. Rejestracji potencjalności przypisałabym zjawisko efemeryczności i ciągłej zmiany. Efektem jest zjawisko nieaktualności tego co dzień temu mogło uchodzić za aktualne. Rejestracja jest tylko i aż etapem i gdy używam słowa „etap” wchodzę z kolei w estetykę „niedokończenia”. Zauważyłam podczas wspólnych ćwiczeń z innymi studentami, że jeszcze nie dojrzeliśmy do estetyki stanu rzeczy z „tu i teraz”, które nie będą tym samym „tu i teraz” za dwie godziny. Nie lubimy używać sformułowań typu „stan rzeczy z dnia 14.05.2019”. Wrogiem, jeśli można użyć tego słowa, w rejestrowaniu tego typu efemeryczności jest perfekcjonizm, uniemożliwiający wewnętrzną zgodę na zarejestrowanie stanu umysłu przejawiającego się zewnętrznie w danym momencie.

Aktualizacja potencjalności jest związana z ciągłą i konsekwentną zmianą, której my ludzie nie zawsze rozumiemy lub chcemy zaakceptować. Sprzyjającym wektorem przy rejestracji potencjalności jest czas i niezmienność, bo tylko z perspektywy owej niezmienności, można dostrzec to, co zmienne. Jako osoba trudniąca się fotografią amatorską, pisząc tę część pracy, zdaję sobie sprawę z ograniczoności mojego pola widzenia. Czasami może to być spowodowane chwilowym stanem zmęczenia, przygnębienia czy przytłoczenia obowiązkami. Niejednokrotnie zastanawiałam się nad celem moich rozważań o potencjalności i popadałam w sceptycyzm. Jednocześnie wszelakie racjonalne metody poszukiwawcze, wylansowane przez nauki ścisłe okazywały się dla moich poszukiwań niedostosowanymi, jak z góry przygotowana przez fikcyjnego administratora tabelka z wymogami wpisowymi wymykającymi się strukturze owego szablonu. Tabelki i ankiety dają tylko ograniczoną liczbę odpowiedzi na dane zagadnienia i przy ich wypełnianiu – jak większość ludzi – byłam często zmuszona wpisać „inne” lub „nie dotyczy”.

Momentem sprzyjającym rejestracji potencjału jest stan przebudzenia po możliwości odpoczynku; możliwość usłyszenia porannych ptaków za oknem, bez potrzeby identyfikowania ich dźwięków z ornitologicznego punktu widzenia. Poszukiwanie potencjalności uczy wrażliwości i odpowiedzialności w dbaniu o to, co od nas zależne. Zdawać sobie należy sprawę z ograniczoności i powiedzieć sobie w pewnym momencie: „tu się dzisiaj zatrzymam, bo dalej już pójść nie mogę”. By ów proces myślowego kiełkowania pozostał stały i dający się nadal rozwijać w sposób zdecydowany w swej powolności i konsekwencji realizacji, należy zawsze pamiętać o skończoności naszego własnego ciała. Biorąc pod uwagę cechy psychologiczne, należałoby, o ile to jest możliwe, unikać czynników powodujących i sprzyjających tzw. zachwianiu równowagi. Potencjalności nie należy mylić ze szczęśliwością. Nigdy nie będzie należała do sfery spełnienia, jak również nie będzie można o niej powiedzieć, że już się wyczerpała, jako temat czy zagadnienie. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że w tej sytuacji pozostawiam czytelnika w stanie braku usatysfakcjonowania, ale satysfakcja należy do sfery zaktualizowanej, a potencjalność ucieka przed spełnieniem, wpisując się jednocześnie w przyszłość.

W przypadku potencjalności satysfakcja, na linii czasu, będzie zawsze przed realizacją i z tego punktu widzenia, potencjalność jest czymś, co zawsze będzie wzbudzać nadzieję. Kadrowanie jej za pomocą aparatu fotograficznego, czy też innych nośników, czy wpisywanie jej w dany krąg kulturowy, jest również procesem z góry narzuconym, gdyż nieokiełznany umysł szukać będzie potencjalności na innych kontynentach i zdementuje coś co można by nazwać idioterią w postaci zapisu potencjalności za pomocą aparatu fotograficznego. Im bardziej będziemy usiłowali złapać potencjalność i usidlić ją, np. dla potrzeb niniejszej pracy magisterskiej, tym sprytniej będzie się nam ona wymykać. Mnie, jako osobie mającej powinność a zarazem zaszczyt przedstawienia mojego podejścia w ramach niniejszej pracy, mogę tylko przyznać, że zdaję sobie sprawę z ułomności i efemeryczności sytuacji, w której się znajduje podmiot poznawczy taki jak ja. Gdy przypatruję się starej książce, z wypłowiałymi kartkami, zdaję sobie sprawę, że siły witalne włożone w jej realizację, jakby wywietrzały, i że energia i mądrość tej książki tkwią gdzie indziej. Spryt potencjalności tkwi w niespostrzegalnym przemieszczaniu się z jednej materii w drugą. Aparat fotograficzny przekłamuje rzeczywistość, a odbiorca obrazu często zastanawiać się będzie, czy obrazom można wierzyć, czy widz nie uległ indoktrynacji czy osobistej manipulacji. Należy również pamiętać, że w kręgu kultury europejskiej reprezentacja wizualna jest jednostką przewartościowaną.

Kończąc ten „statement” pozostawiam samemu czytelnikowi jego własne podejście do potencjalności. Natura ludzka jest dość przewrotna i na ogół mamy najwięcej do powiedzenia wtedy, gdy ten głos już nam zostanie odebrany. W momencie możliwości wypowiedzenia się czujemy niemożność zmierzenia się z tą wolnością, uznając ją w jakiś sposób za nieznośną i niedostosowaną, wymykającą się logice chaosu i pustki. Nie chcąc z kolei popaść w sidła tej żonglerki słownej, zostawiam potencjalności przestrzeń, która może być również rozumiana jako cisza.

Ewa Surażyńska



wtorek, 2 października 2018

O potencjalności jajka, narciarskim skoczku i śnie brunatnego niedźwiedzia


Jajko, podobnie, jak dobrze zapakowany prezent, kryje w sobie tajemnicę, oddzielając w sposób zdecydowany to co wewnętrzne (byt) od okrążającego (otulającego) go niebytu. Byt zawdzięcza swoje istnienie niebytowi i potencjalności, chyba że w pojęciu „niebyt” umieścimy zarówno nicość jak i potencjalność. To co nieznane i niewidoczne gołym okiem jest otoczone konkretem, oddzielając w swej strukturze granice między tym co widoczne na zewnątrz, a tym co skryte. To co skryte nie odnosi się wyłącznie do sfery wizualnej, ale i do słuchowej; jak na przykładzie: niech nikt nie słyszy wypowiadanych przeze mnie myśli! Jeśli, na przykład, zatrzymamy się przy początkującym pisarzu, to zauważymy, że wyraźnie oddzieli granice między przepływem myśli ze sfery prywatnej do publicznej. Upublicznienie myśli poprzez jej przedwczesną globalizację jest procesem wręcz brutalnym dla początkującego pisarza. Dziś coraz częściej zanikają granice między tym co prywatne, a tym co publiczne. W mediach społecznościowych widzimy opublikowane fotografie ludzi podczas ekstazy modlitewno-medytacyjnej lub zanotowaną i rozpowszechnioną mimikę gniewu manifestujących. Dzisiejsza nauka pozwala zajrzeć do środka embrionu i określić jego prawidłowy lub patologiczny rozwój. Zaczynamy również powątpiewać, czy nasze myśli nie są widoczne w stadium ich nieśmiałego lub zdecydowanego kiełkowania. Momenty inspiracji artystycznej są już odnotowywane kamerami, które w zwolnionym tempie przekażą szerokiej publiczności moment muśnięcia pędzlem powierzchni palety z rozmieszanymi farbami, aby następnie zanotować gest dotknięcia, tymże samym pędzlem, powierzchni dziewiczego płótna. Potencjał zamieszkuje tu moment, który może trwać nawet ułamek sekundy: moment uniesienia ręki w geście tworzenia: zanim pędzel dotknął płótna; zanim spersonifikowany Bóg Ojciec, z fresku Michała Anioła z watykańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, dotknie Swym palcem ziemskiego Adama. Abstrahując od tej często cytowanej alegorii malarskiej sprowadzę inny przykład zaczerpnięty z aktualności sportowych: niech to będzie przykład z kadru zdjęcia zwycięskiego skoczka, które obiega lokalną i zagraniczną prasę. Choć w skokach narciarskich liczy się jaką odległość pokonał skoczek, to uwagę fotografów przyciąga moment, gdy zawodnik znajduje się w stanie bliskim nieważkości, zawieszony w błękitnej przestrzeni niebytu. Jest to stan akumulacji jego energii witalnej i inteligencji, zarówno motorycznej jak i medytacyjnej, nad pokonaniem odpowiedniej odległości (przestrzeni). Choć w tym ułamku sekundy nikt nie jest jeszcze w stanie przewidzieć jaką odległość pokona zawodnik, to w tym geście zawieszenia kryje się tajemnica jego osiągnięcia: utrzymania równowagi, stanu symetrii ruchowej, przy jednoczesnym nieświadomym pięknie gestu odwagi i determinacji, dokonania skoku w takim, a nie innym momencie. Ten moment jest w perfekcyjny sposób skorelowany z pracą operatora i montera (w jednej lub wielu osobach), który zatrzymuje i upowszechnia właśnie tę klatkę z filmu. W tradycji malarstwa katolickiego, scenę z aktualnego życia sportowego, do złudzenia przypomina (tak często uwiecznianą w malarstwie) scenę Przemienienia Pańskiego. W języku francuskim przemienienie jest zastąpione transfiguracją (la transfiguration). Przedrostek trans- odnosi się do tego co tkwi pomiędzy jednym a drugim stanem: realnym i nierealnym, bytem i niebytem. Warto zapytać przy tym, czy niebyt zamieszkuje strefę chmur i zamglenia i nie odgranicza, poprzez nośnik jakim są nasze oczy, tego co widoczne od niewidoczności? Czy to mogło by znaczyć, że to czego nie słyszymy nie istnieje? Czy może nasze myśli słyszy ktoś? A co będzie ze sferą niezwerbalizowanych snów, które również wymykają się wszelakiej wizualnej definicji? Sądzę, że potencjał drzemie także na dnie oceanu, gdzie nawet profesjonalny nurek nie dotrze. Śpi w spokojnym wulkanie, można by nawet zgadywać, czy nie daje poznać gniewu, wobec regularnie zaśmiecanej i nieszanowanej Matki Ziemi. Tkwi w spokojnym, choć czasami interpretowanym jako niepokojącym milczeniu. Pozwala o sobie zapomnieć, będąc jednocześnie jak sloterdijkowska bańka [1], unosząca się do góry i zatrzymująca w chwili uniesienia, całą uwagę małego obserwatora na jej efemerycznej wędrówce, do czasu jej rozpryśnięcia. 

A spełnienie? Czy nie jest ono przeciwstawne temu co potencjalne? Będzie takim, jeśli patrzymy na jego stan (brutalnie rzecz ujmując) po konsumpcji, nie kryjący już tajemnicy, nie utrzymujący zarówno autora jak i jego obserwatora, w twórczym nierozwiniętym jeszcze napięciu, przed spełnieniem. W przypadku bańki i skoczka narciarskiego: czas trwania opisanego stanu rozgrywa się w krótkim czasie, który daje się częściowo uwiecznić za pomocą technik graficznych, malarskich i fotograficznych, w zależności od najmodniejszych  i najpraktyczniejszych technik uwieczniania efemeryczności w danej epoce. To co potencjalne, nie odnosi się jednak do mikrokosmosu, sfery drobnego i kruchego jajka, nad którym człowiek ma kontrolę. Potencjał tkwi w relacjach międzyplanetarnych, międzygwiezdnych i w chłodnym uśmiechu kosmosu, niespiesznym, jakby obojętnym i ignorującym istnienie człowieka. Czy ocierając się o masę (ciężar) planet, można usłyszeć muzykę potencjalności, która niekoniecznie podlega receptorom jakim są nasze ludzkie uszy? Potencjał tkwi w zimowym śnie brunatnego niedźwiedzia, którego pod żadnym pozorem nie należy wybudzać ze stanu szczęśliwej hibernacji. 

Jeśli mówilibyśmy o wyemancypowanym potencjale, to istniałby  pomimo wszelkich nakazów (i zakazów) oraz prób jego rejestracji za pomocą nośników jakimi jest „sztuczna głupota”, mylona dziś często z pojęciem sztucznej inteligencji. 

Ewa Surażyńska



[1] Peter Sloterdijk, Bulles, Sphères I. Traduit de l’allemand par Olivier Mannoni. Fayard, 2002, w: Introduction. La alliés ou : La commune soufflée, str. 18 – 31.


czwartek, 18 stycznia 2018

Jak rozumiem metodologię nauk przyrodniczych?

•    Czym jest nauka?
•    Czym charakteryzuje się metoda naukowa?
•    Specyfika nauk przyrodniczych.

Nauka jest stosunkowo nowym podejściem do poznawania świata przez człowieka. Datuje się ją różnie, ale z reguły na przełom wieku XVII i XVIII. Jakie było to poznawanie świata wcześniej? Jaki to był świat? W starożytnej Fizyce Arystotelesa mythos był wymieszany z logosem, tj. fizyka była jednocześnie metafizyką lub wręcz mistyką. Według Neila Postmana to Francis Bacon, a nie Newton czy Kepler, stworzył ideologiczne podstawy świata, w którym nauka jest autonomiczna i pełni jedną z głównych ról w rozwoju i trwaniu cywilizacji: „Bacon pierwszy dostrzegł, jasno i wyraźnie, związek między nauką a poprawą warunków życia. […] Nieustannie krytykował on swoich poprzedników za nierozumienie, iż prawdziwym, prawomocnym i jedynym celem nauki jest «wyposażenie życia ludzkiego w nowe wynalazki i środki». Naukę, łącznie z matematyką, którą uważał za służebnicę wynalazku, sprowadził z nieba na ziemię. Ze swym utylitarnym poglądem na wiedzę Bacon był głównym architektem nowego gmachu myśli, z którego wygnano rezygnację, a Bogu wyznaczono specjalną komnatę.”[1]
Jeśli można powiedzieć, że nauka ma główny cel, to wydaje się, że jest nim prawda. Jednak intuicyjne, codzienne pojęcie prawdy stało się niewspółmierne z prawdami, do których dąży nauka. Potoczne prawdy stały się właściwie niemożliwe wraz z przyrostem naszej wiedzy o świecie: dzięki użyciu nowych narzędzi, złożonych pojęć, wyższej matematyki, abstrakcyjnej fizyki, nagromadzeniu wiedzy o kulturze i człowieku, wniknięciu w głąb mikroświata i w dal wszechświata. Wszystko to spełnia postulat Bacona o tym, że nauka poprawia warunki życia człowieka. Dzięki autonomiczności sądów nauki również ludzie mogą być bardziej wolni. Wydaje się jednak, że indywidualna wolność ludzi nie nadąża za wolnością myśli. Dzięki nauce w świecie potocznych sądów co prawda żyje się lepiej, ale nie zmienia to faktów, że na co dzień wciąż jest on potoczny. Wytwory nauki, technologia, instytucje społeczne – wszystko to otacza nas niczym magiczny świat, w którym kulturowo tkwiliśmy dużo wcześniej, zanim uformowała się nauka.
Kategoria prawdy w świecie przed nauką nie była czymś oddzielonym od potocznego doświadczenia. Jednocześnie zawierała w sobie element magiczny – w  momentach, w których to potoczne doświadczenie nie potrafiło przekonująco wyjaśnić zasady rzeczywistości pojawiały się metafizyczn­e hipotezy ad hoc. W czasach Arystotelesa wszechświat był podzielony na krąg podksiężycowy i nadksiężycowy. Świat nadksiężycowy składał się z niezniszczalnego eteru, a świat podksięży­cowy z substancji, które tworzyły cztery główne „pierwiastki”: powietrze, zie­mia, ogień i woda. Wszelka zasada organizacji tego świata wynikała z położenia owych „pierwiast­ków” w kręgu podksiężycowym. Nie rozwodząc się dłużej nad fizyką Arystotelesa trzeba zazna­czyć, że czło­wiek w tym świecie był substancją specyficzną – połączeniem ciała (formy) i jego orga­nizacji (duszy). W świecie Arystotelesa panowała nie tylko substancjalna jedność ciała i duszy, ale także jedność poznania świata i wyobrażenia o nim. Wszystko mieszało się ze sobą.[2]
Do pewnego momentu ludzkości to wystarczało. Jaki był punkt krytyczny? Co takiego stało się, że w pewnym momencie ludzie zaczęli potrzebować prawdy innej niż tej, którą zapewniało im po­toczne doświadczenie czy religia? Różne są hipotezy na ten temat. Można pomyśleć, że prawda wyzwoliła się z obszaru mistyki i metafizyki kiedy władzę świecką zaczął uwierać monopol duchownych na wydawanie sądów o ziemskim świecie. Nauka zaczęła być potrzebna rządzącym wraz z rozpoczęciem procesu rozdzielenia władzy duchownej od świeckiej. Kiedyś faraon był bogiem. Cesarze rzymscy składali ofiary bogom i mieli podobny do nich status. Natomiast już królowie w czasach chrześcijaństwa rządzili „z woli Boga”, ale nie byli mu równi. Ostateczny rozłam nastąpił wraz z reformacją, kiedy władza w krajach protestanckich uniezależniła się od władzy papieskiej. Większa rola świeckiej władzy to jedna z hipotez – przyczyny z pewnością są dużo bardziej złożone. Natomiast proces „rozwodu” między wiedzą autorytarną, tj. zawartą w metafizyce, teologii lub też magii, najbardziej widoczny był na polu tego, co dziś nazywamy naukami przyrodniczymi.
Dzisiejsza astronomia była niegdyś astrologią. Johannes Kepler swoją karierę rozpoczynał od publikowania kalendarzy astronomicznych na dworze księcia Wallensteina. Po co możnowładcom potrzebni byli astrologowie na dworze? Najwidoczniej po to, aby ustrzec się przed manipulacjami astrologów wędrownych i innych szarlatanów.  Sam Kepler ujął to tak: „Astrologia może wyrządzić niebywałe szkody monarsze, jeśli sprytny astrolog wykorzysta jego ludzką łatwowierność”. Aby utrzymać swoją pozycję Kepler musiał trzymać potencjalnych konkurentów w dystansie, tj. przeprowadzić pewien metodyczny proces dowodzenia swoich obserwacji, który nie zostawiałby pola na manipulację. Kepler głosił, że „teologię należy oddzielić od nauki, a z kosmologii wygnać anio­ły, duchy i opinie świętych”[3].
Ten pionier współczesnej astronomii był wyrazicielem zupełnie nowego sposobu na poznanie świata. Sposób ten burzył wcześniejszą jedność między mitem a rozumem uwalniając ten drugi – dając mu możliwość niezależności i działania instrumentalnego, tj. uniezależnionego od wyobrażeń i przekonań na temat świata.
Ale czy współczesna nauka jest faktycznie wolna od wyobrażeń i subiektywnych przekonań? Czy można powiedzieć, że nauka dąży do obiektywnej prawdy? Czym jest nauka? Te pytania są zdecydowanie starsze niż sama nauka. Już w czasach Arystotelesa zastanawiano się nad tym, czym charaktery­zuje się nasze poznanie świata – jakie są jego motywy i ścieżki. Zajmowała się tym epistemolo­gia – dział filozofii dotyczący relacji między poznaniem a rzeczywistością. Termin ten można sto­sować zamiennie ze sformułowaniem „filozofia nauki”, chociaż dzisiaj epistemologia często jest uproszczona do kogniwistyki.
Najbardziej podstawą rzeczą, którą można z pewnością powiedzieć na temat różnicy między nauką a nie-nauką jest to, że ta pierwsza zawsze zawiera w sobie element autorefleksji. Nauka oprócz przedmiotu swojego zainteresowania bada również siebie samą. Nauka zawsze ma jakąś metodę. Tym właśnie zajmuje się filozofia nauki. Filozofia nauki opisuje to jak zbudowane są metody na­ukowe i stara się identyfikować pewne ukryte założenia w nich zawarte.
Nauka bowiem nie jest jakimś darem z niebios – jest to forma poznania, która podobnie jest wiedza potoczna obarczona jest różnymi indywidualistycznymi przywarami, dzięki którym czło­wiek chce uzyskać wyobrażenie o świecie i jednocześnie zachować jego spójność. Ta sprzeczność prowadzi do błędów, ale dzięki refleksji można je przewidywać, a nawet wykorzystywać w drodze naukowego poznania.
Naukowe poznanie wbrew oczekiwaniom nie tworzy jednolitego obrazu świata. Oczywiście mamy w nauce tendencje finalistyczne, tj. próby stworzenia „teorii wszystkiego”, ale niestety za­wsze okazuje się, że „wyszedłszy od zamętu, dochodzimy do zamętu na wyższym poziomie”[4]. Kon­cepcje finalistyczne wprowadzają nas raczej z powrotem do świata metafizyki niż do świata nauk ścisłych. Ale być może dysponując odpowiednią metodą nie powinniśmy unikać takiej swo­istej neo-substancjalności?
Zacznijmy jednak od początku. Indukcjonizm był pierwszą podstawową metodą naukową i wciąż np. na poziomie obserwacji i zbierania danych nią jest. Na poziomie obserwacyjnym i badawczym nie wydaje się, by było w nim coś niewłaściwego i nieracjonalnego. Indukcjonizm zasadza się na obserwacjach. Na podstawie pewnej liczby obserwacji można stwierdzić pewne fakty. Na podstawie faktów buduje się prawa i teorie. Dysponując prawami i teoriami można na zasadzie dedukcji tworzyć przewidywania i wyjaśnienia.
Indukcjonizm ma jednak kilka bardzo istotnych wad. Na poziomie logicznym nie da się udo­wodnić indukcjonizmu za pomocą indukcjonistycznej metody, tj. nie ma takiej liczby zastosowań metody indukcji, która sprawiłaby, że indukcja zawsze się sprawdza. Wystarczy jedno fałszywe twierdzenie, aby obalić całą metodę. Przykładem może być zdanie, że metale rozszerzają się pod wpływem wysokiej temperatury. Można przeprowadzić bardzo wiele obserwacji, które uprawniają do takiego wniosku. Natomiast jeśli trafimy na metal, który zachowuje się inaczej, to trzeba wpro­wadzić modyfikację do metody – zawrzeć warunek, który mówi np. o specyficznym zachowaniu się niektórych metali po podgrzaniu.
Indukcjonizm był bardzo długo wychwalany jako metoda, która pozwalała się uwolnić od pierwotnych założeń i przekonań. Okazuje się jednak, że już na etapie obserwacji przyj­mujemy nieświadomie jakieś założenia teoretyczne. To kolejny zarzut wobec tej metody – ciężko jest uwzględnić wszystkie istotne warunki obserwacji niezbędne do wysnucia obiektywnych wniosków. Ponadto przekonanie o niezależności obserwacji od teorii jest naiwne, bo wszelkie zdania obserwacyjne mają swoje umocowanie w ja­kiejś teorii – nawet jeśli nie odwołujemy się do niej w jawny sposób.
Nauka potrzebowała koncepcji, która byłaby bardziej spójna logicznie i pozwoliła lepiej identyfikować takie niejawne założenia teoretyczne. Taką koncepcją jest falsyfikacjonizm Karla Poppera. Idea falsyfikacji nie tylko ma mniejsze problemy ze swoim logicznym uzasadnieniem, ale jest też bardziej płodna dla nauki. Przedmiotem badań falsyfikacjonisty może być wszystko, o ile tylko można powiedzieć o czymś w formie zdania, które poddaje się falsyfikacji. Oznacza to, że zdanie ta­kie – nawet najbardziej absurdalne – zawiera w sobie jakieś warunki obserwacji, które można pod­dać próbie prawdy. Zdanie „Deszcz nigdy nie pada w środy” może wydawać się nieuzasadnione, ale daje punkt wyjścia do przeprowadzenia prostego doświadczenia w odróżnieniu od zdania „Pada albo nie pada”[5]. Podobnie byłoby ze zdaniem „Wszystkie planety poruszają się po elipsach wokół Słońca”, które jest falsyfikowalne w odróżnieniu np. od zdania „Planety poruszają się”. W dużym uproszczeniu więc można powiedzieć, że falsyfikacjonizm „odsłania się”, tj. pokazuje wstępne za­łożenia badanego problemu. Falsyfikacjonizm polega na stawianiu najbardziej nawet śmiałych tez i ich weryfikacji. Nawet jeśli hipoteza nie przejdzie takiej próby, to takie spekulacje posuwają naukę do przodu, gdyż nowa hipoteza powstała po sfalsyfikowaniu poprzedniej powinna być falsyfikowal­na w stopniu większym niż poprzednia. Oznacza to, że nowa hipoteza zawiera więcej informacji i w ten sposób – zależnie o wyniku falsyfikacji – rozwija naszą wiedzę o świecie.
Wadą koncepcji Poppera wydaje się jednak być jej... doskonałość. Gdyby stosować falsyfikację konsekwentnie, to mimo pozornej płodności tej metody, nauka nie mogłaby dojść do swoich wiekopomnych odkryć. Okazuje się, że społeczność naukowa kieruje się nie tylko logiką, ale też – na szczęście – zachowuje coś, co można określić jako bezwładność poznawczą.
Imre Lakatos mówił o negatywnej heurystyce programu badawczego. W koncepcji tej zawiera się społeczne podejście do problemu filozofii nauki. Uczeni w rozwiązywaniu problemów nauko­wych przyjmują  pewien pas ochronny na który składają się hipotezy pomocnicze. Hipotezy te są niefalsyfikowalne i stanowią twardy rdzeń programu badawczego. Twardy rdzeń aktualizuje się wraz trwaniem programu. Z cza­sem, w zależności od tego czy hipotezy spoza pasa ochronnego wzbogacają rdzeń czy też brną w ślepą uliczkę, program może być uznany za postępowy lub zdegenerowany. Ogólnie rzecz biorąc program postępo­wy umożliwia przewidywanie nowych zjawisk, a program zdegenerowany ponosi w tym porażkę.[6]
O krok dalej poszedł Thomas S. Kuhn, który w swojej „Strukturze rewolucji naukowych” wprowadził pojęcie paradygmatu. Kuhn zwraca uwagę, że uczeni przyjmują bezkrytycznie pewne zało­żenia teoretyczne w swoich badaniach i że założenia ta tworzą pewną strukturę: „Gdyby wszyscy uczeni byli przez cały czas krytyczni wobec wszystkich elementów struktury w ramach której pracują, nie byliby w stanie wykonać żadnej rzetelnej pracy. […] Paradygmat ucieleśnia szczególną strukturę pojęciową, poprzez którą oglądany jest świat, oraz pewien szczególny zespół technik eksperymentalnych i teoretycznych, służących uzgadnianiu paradygmatu z naturą.”[7]
W nauce po prostu przyjmuje się pewne wstępne założenia do czasu, aż nie nastąpi jakaś naukowa rewolucja, która zmusi uczonych do zmiany paradygmatu. Wszystkie paradygmaty wykazują pewną niezgodność z naturą. Rewolucje następują wtedy, kiedy ta niezgodność staje się poważna. W nauce w pewnym momencie następuje kryzys, na który społeczność naukowa reaguje radykalną zmianą paradygmatu.
Kuhn głosi, że „w nauce nie ma wyższego standardu niż zgoda zainteresowanej społeczności”. Alan Chalmers podaje to twierdzenie jako analogię do słów Pitagorasa o tym, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. Czy nie oznacza to jednak powrotu do poznawczego autorytaryzmu, tyle tylko, że reprezentowane­go nie przez kapłana, maga czy zdrowy rozsądek, ale przez kolektyw naukowców? Stanowisko Kuhna głównie przez to jest krytykowane, że prowadzi do naukowego relatywizmu odsuwając ra­cjonalne podstawy poznania. Lakatos wyrażał się o rewolucjach naukowych Kuhna nie jak o racjo­nalnym procesie, ale jak o zmianie wyznania religijnego.[8]
Zarówno koncepcji Lakatosa jak i Kuhna można zarzucić to, że nie wyznaczają metody na do­brą metodę naukową. Bardziej niż filozofią nauki obie koncepcje są raczej historią nauki. Koncep­cje te w sposób mniej lub bardziej przekonujący wyjaśniają drogi do prawdy, ale tej drogi nie wy­znaczają. Jest tak dlatego, że filozofia nauki – podobnie jak większość dzisiejszej filozofii – stała się filozofią a posteriori zamiast filozofią a priori. Współcześnie znaczenie realnej (filozoficznej) epistemologii jest sprowadzone do roli komentarza w odniesieniu do dokonań nauk przyrodniczych.[9] Epistemologia spętana przez relatywizm (którego sprawcą przecież nie jest Thomas S. Kuhn) straciła swoją moc. Filozofia w dużej mierze ogołocona ze swych wcześniejszych problemów metafizycznych została pozbawiona autorytetu.
Z drugiej strony przynajmniej za częściowo prawdziwe można uznać twierdzenie, że nauce przypisujemy zbyt dużą rolę we współczesnym świecie. Paul Feyerabend opowiadał się przeciwko metodzie z tego powodu, że sztywne trzymanie się jakichś uniwersalistycznych reguł jest nie tylko nierealne, ale i szkodliwe. Częściowo pokrywa się to z koncepcjami Lakatosa i Kuhna. Natomiast Feyerabend idzie o krok dalej i mówi, że skoro trzymanie się jednej metody jest nierealne, to w ta­kim razie w nauce panuje jedna zasada: „wszystko wolno”[10].
Tak skrajne relatywistyczne podejście do nauki opiera się na zbyt daleko idących uogólnieniach.   Poza tym w rozważaniach Feyerabenda wydaje się być zawarta implicite wiara w to, że nauka po­sługuje się uniwersalistycznymi metodami. Z tego, o czym była mowa wcześniej wynika, że wcale tak nie jest. Może więc taka relatywizacja naukowego poznania jest wynikiem tęsknoty za światem, który stanowił substancjalną jedność?
Być może też celem nauki wcale nie jest dążenie do prawdy. Nauka rozmyła zdroworozsądkowe pojęcie prawdy. Co więcej sami naukowcy są rozproszeni w swoich wyspecjalizowanych poszuki­waniach. Prawda w nauce nie jest tym, czym w życiu codziennym. Je­śli w ogóle można o niej mó­wić (nawet na gruncie rozważań filozofii a priori), to nie jest ona dostęp­na indywidualnemu do­świadczeniu. Jeśli nie jest dostępna, to czy warto się w ogóle nią zajmować?
A może jednak warto wrócić do starej, dobrej filozofii? Okaże się, że wciąż ma nam ona wiele do po­wiedzenia o świecie urządzonym przez odkrycia naukowe. Jeśli w nauce nie chodzi o prawdę, to ważniejszy staje się sam proces i wartości takie jak: ścisłość i zakres teorii, prostota czy płodność. Te wartości bardziej niż do epistemologii zaliczają się do rozważań estetyki. Tak jak kiedyś sztuka była zespolo­na z religią i pozwalała przenieść swoje ziemskie życie w transcendentny, abstrakcyjny wymiar, tak teraz nauka stanowi protezę religii. Stąd też może bierze się większe nastawienie na sam fakt prze­biegu naukowych procesów niż osiąganie prawdy? Przypomina to trochę doświadczenie mistyczne, w którym wyznawca bóstwa zbliża się do absolutu poprzez rozmycie swojej indywidualności. Pro­blem w tym, że deifikujemy naukę, a to w dużej mierze jej postępy rozwijają i utrzymują różne technologie, które zapewniają nam indywidualizm, który przeciętnego człowieka od tego pierwotnego pojęcia Absolutu oddala.
Poprzez krytykę pozornego relatywizmu metod naukowych przejawia się tęsknota za ideą, która tłumaczyłaby świat w podobny sposób jak czyniła to religia przed okresem „panowania” nauki. Jednocześnie taki sposób wyrażania tej tęsknoty zakłada, że nauka faktycznie panuje. Czy jest tak na pewno? W rozważaniach nad tym „czym jest nauka” przyjmujemy paradygmat nadrzędności nauki nad naszym życiem. Istotnie jest tak, że np. decyzje polityczne współcześnie bardziej oparte są na naukowych analizach niż na zupełnie arbitralnych decyzjach. Jednak wciąż element kulturowy, swoiście magiczny, a więc broniący się przed racjonalistycznym podejściem, dominuje w naszym życiu. Bardzo niewielu ludzi w codziennym życiu myśli w sposób racjonalny. Nawet w społeczności naukowej przekonania i kontekst kulturowy mają duży wpływ na przebieg badań i  nieuświadomione założenia teoretyczne.
Ostatecznie nauka zawiera jednak więcej w swej metodzie racjonalności, a opiera ona się na refleksyjności. Kłopot w tym, że wraz z rozwojem nauki, jej upowszechnieniem za sprawą eduka­cji, stała się ona wszechobecna, jednocześnie tracąc coś ze swojego autorytetu i swojej krytycznej siły. Na każdym kroku stykamy się z nauką jednak nie jesteśmy w stanie powiedzieć czym jest naukowy światopogląd. Nastąpiła swego rodzaju familiaryzacja nauki w życiu codziennym.
Dlatego też może paradygmat postępu naukowego nie jest najważniejszy w rozważaniach nad istotą nauki. Współcześnie dużo ważniejsze wydaje się być określenie granic między tym, co naukowe, a co nienaukowe. Na pewno nie ułatwia tego fakt, że np. humanistyka czy nauki społeczne mają współcześnie inny status niż w czasach, gdy np. teologia tłumaczyła w równym stopniu świat duchowy jak co świat fizyczny.
Humanistyka i nauki społeczne starają się już od dawna „doszlusować” do metodologii nauk ścisłych poszukując analogicznych praw i metod. Te metody są krytykowane przez filozofów nauki, którzy swoje badania opierają głównie na analizie historii fizyki czy nauk przyrodniczych. Często też można usłyszeć głosy, że właściwe nie można tych dziedzin zaliczać do świata nauki. Imre La­katos twierdził zgodnie ze swoją koncepcją programów badawczych, że metodę naukową powinna ce­chować (1) spójność i (2) potencjał przewidywania zjawisk. Np. marksizm i freudyzm spełniają pierwszy warunek, ale nie spełniają drugiego, natomiast socjologia spełnia warunek drugi, lecz nie spełnia pierwszego[11].
Na pewno takie odmawianie „miękkim” naukom prawa do naukowości jest krzywdzące. Neil Postman nie odmawiając tego prawa tłumacząc metody nauk humanistycznych i społecznych w in­ny sposób, tj. jako formę opowieści: „Nauka w klasycznym sensie też jest, oczywiście, pewną formą opowieści, ale jej założenia i procedury są tak odmienne od tych, jakich się używa w naukach społecznych, że nadawanie im tej samej nazwy prowadzi do skrajnych nieporozumień. W rzeczywistości opowieści badawczy w dzie­dzinie nauk społecznych są pod względem struktury i celu znacznie bliższe temu, co nosi nazwę li­teratury pięknej […] Zarówno reprezentanci nauk społecznych, jak i powieściopisarze oferują uni­katowe interpretacje zbiorów zdarzeń, w których uczestniczą ludzie, a na poparcie tych interpretacji używają różnych form przykładów. Interpretacji tych nie można dowieść, ani obalić. […] Słowa «prawdziwy» i «fałszywy» nie mają tu zastosowania w tym znaczeniu, w jakim się ich używa w matematyce bądź w naukach przyrodniczych. W interpretacjach tych nie ma bowiem nic uniwersal­nie i nieodwołalnie prawdziwego ani fałszywego. Nie istnieją krytyczne testy, które mogłyby je zweryfikować albo sfalsyfikować. Nie wywnioskowano ich z żadnych praw przyrody.”[12]
A jednak myśliciele, humaniści, psycholodzy reprezentują paradygmat będący pochodną metod nauk ścisłych. Wydaje się, że jest w tym podejściu jakiś kompleks niższości wobec dosadności z jaką np. fizy­ka czy biologia udzielają odpowiedzi. Nawet jeśli odpowiedzi te są wyższą formą organizacji naszej niewiedzy, to taka forma pociąga nie-ścisłych naukowców. Czasami odwołania humanistów do do­konań nauk ścisłych okazują się mocno nietrafione, a wręcz komiczne. Takie przypadki zebrali w swojej książce Alan Sokal i Jean Bricmont pt. „Modne bzdury”.
To co zrobili Sokal i Bricmont można traktować jako „czepialstwo”, ale przeprowadzona pod kątem poszukiwania błędów merytorycznych „wiwisekcja” myśli post-modernistycznych myślicieli oprócz pewnego ćwiczenia umysłu przynosi także ważną refleksję dotyczącą filozofii nauki. Otóż to nie humanistyka ma problem przez to, że nie dostarcza odpowiedzi na ważne pytania, ale proble­mem jest – paradoksalnie – łatwość z jaką odpowiedzi na różne pytania dostarczają nauki wspiera­jące technologię. Nie są to jednak odpowiedzi ważne w kontekście kondycji człowieka w otoczeniu tej technologii. W opozycji do tak ujętego prymatu nauk technologicznych stają myśliciele post-moderny. Niestety czynią to często próbując wykorzystać pojęcia z zakresu nauk ścisłych, co przy­nosi efekt obracający się przeciw nim.
Nauka dostarcza paliwa technologii, czyli tej niewidzialnej współczesnej formie magii, która niesie i organizuje nasze życie. Technologia – używając aparatu pojęciowego Kuhna – jest super-paradygmatem. Technologia tworzy sztuczne środowiska w sposób, który uznajemy za zupełnie naturalny. Jeśli humanistyka miałaby się jakoś wiązać z naukami ścisłymi, to powinna swoją moc wykorzystać do demaskowania skutków wpływu niewidzialnej technologii na nasze życie. Humanistyka nie może już tkwić tylko w obszarze kultury lub w pozycji dystansu do współczesności.
Nie jest celem autorów „Modnych bzdur” obalenie racjonalności czy nawet sensu użyteczności humanistyki. Przeciwnie: kryje się tu postulat powrotu humanistyki do swojej pierwotnej warstwy. Nie można uciekać od filozofowania poprzez technologiczne skróty myślowe. Myśliciele post-modernistyczni znaleźli się na celowniku Sokala i Bricmonta poprzez ułatwienie sobie ścieżki krytyki poprzez wykorzystanie metodologii nauk ścisłych do celów humanistycznych. Znaleźli oni po­łączenie z naukami przyrodniczymi nie za pomocą fundamentalnych pytań filozoficznych, ale tworząc quasi-filozoficzne problemy oparte na dokonaniach badań empirycznych. Ponadto – jak trafnie zauważają Sokal i Bricmont – często intelektualiści nie mają świadomości co oznaczają pojęcia nauk ścisłych, którymi się posługują.
Rozważania na temat istoty nauki obecnie w dużym stopniu powinny dotyczyć wyznaczenia granic między nauką a nie-nauką. Uprzednio to, co określano jako rozważania epistemologiczne na temat nauki były właściwie jedynie kogniwistyką, a więc nauką o zdobywaniu wiedzy. Nauka, a raczej pewnie jej powab przeniknął do codziennego życia i do myślenia zdroworozsądkowego.
O ile ma to swoje konsekwencje kulturowe na mniejszą i większą skale, o tyle jest to poważniejszy problem w obrębie samej społeczności naukowej. Jeśli przyjąć za Kuhnem i Lakatosem, że to zgoda społeczności naukowej decyduje o tym, co jest prawdziwie, to w przypadku problemów mocno nieintuicyjnych staje przed dużo poważniejszym problemami, często też natury etycznej.
Rozpowszechniające się np. ruchy antyszczepionkowe czy antysystemowe mogą okazać się katastrofalne w skutkach. Problem w tym, że nauka zasila rozwój technologiczny, który z kolei umożliwia już od dawna indywidualistyczny model życia, tj. taki, który w dużej mierze wyzwolił się spod panowania zewnętrznych sił i idei. A jednak wciąż różne idee nad nami panują, a różnica polega na tym, że ludzie sami je na siebie narzucają, bądź oddają w ręce reprezentantów, którzy rzekomo są wolni od „nieludzkich” założeń teoretycznych. Tym samym reprezentanci ci w sposób arbitralny definiują pojęcie człowieczeństwa. To my na to im pozwalamy.
Wolność, która możliwa stała się m. in. dzięki nauce jest zarówno darem, jak i brzemieniem, które dla większości ludzi wydaje się trudne do uniesienia. Ta nowa technologiczna wolność wymaga racjonalności. Racjonalność potrzebna jest zarówno w społeczeństwie, jak i w samym globalnym kolektywie naukowym. Nie jest to jednak coś uniwersalistycznego i skończonego. Racjonalność naukowa opiera się na ciągłej weryfikacji i refleksji, nawet jeśli jest ona opóźniana przez indywidualistyczne dążenia.
Im więcej indywidualizmu zapewnia cywilizacja techniczna, tym bardziej obdarzone wolnością „kolektywy jednostek” kwestionują tę cywilizację. Dzieje się to niejako na wzór kolektywów naukowców. Dziś każdy ma jakieś poglądy, a nawet światopogląd. Kiedyś wystarczała wiara. Właściwie dzisiejsze poglądy też są rodzajem wiary, ale ogołoconej z symbolicznego wymiaru. Nauka natomiast nie jest i nie powinna być czymś, w co się wierzy. Tymczasem humanistyka i nauki społeczne dostarczają nam wiedzy o tym, że ludzie potrzebują kultury w pierwotnym sensie, tj. takich form życia społecznego, które są oparte właśnie na wyobrażeniach, wierzeniach, mitach i rytuałach, a nie na faktach.
Mrzonką jest powrót do świata opartego na mitycznych przekonaniach. Dlatego tworzymy nowe mity. Są to mity na temat tego, co nas niesie, ogarnia i tworzy - mity na temat technologii (nie rozumianej tylko jako wytwarzanie). Nie jest problemem sytuacja, w której ktoś twierdzi, że Ziemia jest płaska. Nie ma też w tym logicznego fałszu w odniesieniu do potocznego doświadczenia.
W codziennym życiu raczej nie jest nam do niczego potrzebna świadomość kulistości ziemi czy wiedza o kosmologicznych konsekwencjach ogólnej teorii względności. Natomiast jeśli nasza ignorancja zaczyna przybierać aktywny wymiar, który godzi w osiągniętą dzięki nauce i technologii indywidualność, a ponadto jeśli dzieje się to w ramach instytucji odpowiadającej za nasze życie, to należy reagować.
Sama nauka nie jest tu bez winy. Nauka chcąc się przypodobać, ale też ze społecznej konieczności (przez wymóg edukacji), podaje sama siebie w uproszczonej formie poprzez tzw. popularyzację. Nie możemy i nie powinniśmy zatrzymywać tej tendencji – to na wskroś pozytywne i niezbędne. Jednak wraz z usprawnieniem technologicznym społecznych instytucji takich jak szkolnictwo, medycyna, praca, rodzina, ubezpieczenia społeczne czy gospodarka doprowadziliśmy do sytuacji, w której nauce po prostu trzeba wierzyć. Z drugiej strony powstała próżnia po poważnym osłabieniu instytucji religii.
Wiara nie może być poddana falsyfikacji, ani też nie może przejść żadnej innej próby wyznaczonej przez metodologię naukową. Bezrefleksyjne społeczne uznanie dla instytucji społecznych posługujących się dokonaniami nauki może prowadzić nas w ślepy i niebezpieczny zaułek. [Michał Bi1] 
To nie brak naukowego podejścia jest współcześnie największym problemem lecz przeciwnie – powoływanie się na naukę, czyli swoista ideologia nauki. Najbardziej problematyczne jest to, że traktując instrumentalnie naukę wykorzystuje się jej autorytet bazując głównie na jej metodach. Pomijając to, iż nie do końca rozumiemy te metody, to oprócz tego naukowe poznanie nie charakteryzuje się tylko w metodzie. Naukę cechuje przede wszystkim autorefleksyjność, która wyraża się w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o (1) cele, (2) metody przez nią stosowane oraz (3) stopień realizacji celów[13]. Jeśli wybieramy jakąś powierzchowną cechę nauki i używamy jej do podpierania swojej osobistej wiedzy o świecie, to można to porównać do mieszania kijem w zupie potoczności, ale nic z tej zupy nie wyciągamy. Ewentualnie możemy się tylko pobrudzić.

Michał Biedziuk

BIBLIOGRAFIA

•    Postman Neil, Technopol. Trium techniki nad kulturą, PIW 1995
•    Chalmers Alan, Czym jest to, co zwiemy nauką?, Wrocław 1993
•    Judycki Stanisław, O dzisiejszym stanie epistemologii,
http://www.kul.pl/files/108/O_dzisiejszym_stanie_epis.pdf
również w: Hetmański Marek (red.), Epistemologia współcześnie, Universitas, Kraków 2007
•    Sokal Alan, Bricmont Jean, Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów,  Prószyński i S-ka, Warszawa 1998


Przypisy


[1]N. Postman, Technopol. Trium techniki nad kulturą, PIW 1995, s. 47
[2]A. Chalmers, Czym jest to, co zwiemy nauką?, Wrocław 1993, s. 98-99
[3]Cytaty za: N. Postman, op. cit., s. 42
[4]A. Chalmers, op. cit., s. 21
[5]Ibidem., s. 64-65
[6]A. Chalmers, s. 110-111
[7]Ibidem, s. 132
[8]Ibidem, s. 137
[9]Sytuację tę opisuje Stanisław Judycki w swoim arytkule pt. „O dzisiejszym stanie epistemologii”:
http://www.kul.pl/files/108/O_dzisiejszym_stanie_epis.pdf
[10]Patrz: A. Sokal, J. Bricmont. Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów,  Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 85-91
[11]A. Chalmers, op. cit., s. 115
[12]N. Postman, op. cit., s. 183-184
[13]A. Chalmers, op. cit., s. 208