niedziela, 20 lipca 2014

Zaplatałam wczoraj w parku trawy...

(Zofia Wojciechowska w czasie sniadania na trawie w Parku Centralnym. Fot. S. Czachorowski)
Zaplatałam wczoraj w parku trawy, splotłam się także sama z tym miejscem. Jako osoba zajmująca się zawodowo hortiterapią (ogrodoterapią), przyglądałam się wczoraj w Olsztynie w Parku Centralnym nowym alejkom, a przede wszystkim trawnikom i temu, co tam zrobiono. Dziś rano, gdy opadły emocje, zwracam uwagę na pilną potrzebę rozwiązań, dotyczących zagospodarowania obszaru zieleni w Parku Centralnym.

Park to nie tylko wyłożone kostką ścieżki, czy podświetlane fontanny i altanki. To miejsce będzie zawsze urocze o ile będzie w nim odpowiednia zieleń. A to oznacza, że należy odłożyć kosiarki a wziąć raczej katalog z roślinami i pomyśleć na uzupełnieniem tego, co zostało w parku. Naturalne łąki i miejsca z roślinnością nadrzeczną twarzą miejsce do obserwacjiżyjących tam np. owadów. Szkoda wycinać rośliny, które można wykorzystać w inny sposób. Mądry i edukacyjny, ale trzeba o tym wiedzieć – że my tego właśnie chcemy.

W czasie "śniadania na trawie" 19. lipca br., na zajęciach „Ogrody dla Natury”, uczyliśmy się zaplatać trawy, symbolicznie splataliśmy się z tym miejscem. Po 4. godzinach zajęć z naprawdę świetnymi ludźmi – mieszkańcami Olsztyna i gośćmi z innych części Polski, rodzi się konkluzja: To miejsce jest nasze. Doskonałe do rozwoju zielonej partycypacji.

Akcja społeczna rozpoczęta przez czytelników Gazety Olsztyńskiej, z udziałem wybitnego entomologa prof. Stanisława Czachorowskiego, przyciągnęła wielu twórców i szereg niezwykłych osobowości. Zaprośmy do dyskusji nad architekturą zieleni nie tyko ogrodników ale przede wszystkim biologów, by razem z użytkownikami parku oraz gospodarzami miasta,  pomyśleli nad wspólnym rozwiązaniem.

Park Centralny to wartościowa inwestycja, kilkanaście milionów złotych z Unii Europejskiej to także nasze pieniądze. W przyrodzie nie ma czegoś takiego jak obiad za darmo – podobnie jest w życiu. Rośliny, w tym trawa w parku, to także pewien ekosystem. Powinien powstać sensowny plan tzw. zielonych inwestycji. Wszystkich nas ucieszy, jeśli w tym miejscu będzie zieleniła się murawa. Pamiętajmy o tym, aby stworzyć warunki, by tam rozwijało się także życie. Obecnie na bezkwietnych rabatach i klombach posadzono byliny i inne ozdobne trawy, wyłożono korą – troszkę pozornie licząc na sprzyjającą aurę. Ale to wszystko sprawia wrażenie trochę smutne ... bo można przecież sprawić by kwitły tam także rośliny. To nie są duże koszty w porównaniu do wydatkowanej kwoty na parkowe rozwiązania ciągów komunikacyjnych (latem rośliny ogrodowe sa tanie). A gdzie natura w Parku Centralnym ma swoje miejsce?

Wszyscy wiemy, że aby uzyskać odpowiedniej jakości trawnik potrzebne jest efektywne działanie tj. zraszacze - a tak naprawdę cały system dobrze zaprojektowanych rozwiązań technicznych. Zastanawiam się od wczoraj czy zostały w ramach inwestycji już wykonane? Marzeniem chyba wszystkich gości wczorajszego śniadania w parku jest, by to miejsce cieszyło nas, koiło spokojem i nabierało znaczenia dla ludzi, którym potrzebna jest chwila wytchnienia. Mówi się, że Olsztyn to miasto Ogród Natury. Idealny był by właśnie ten Centralny Park do hortiterapii. Można rozwijać nową dziedzinę prekursorką właśnie na Warmii i Mazurach, w oparciu o stare zachowane (na szczęście) drzewa i te nowe, które pojawią się wkrótce w parku.

Polecam Państwu pod rozwagę projekt Instytutu Hortiterapii konstrukcji roślinnych o specyficznych walorach rehabilitacyjnych oraz tzw. Rabat Zdrowia, złożonych z odpowiednio dobranych bylin i roślin jednorocznych. Opracowujemy wspólnie z Uniwersytetem Warmińsko Mazurskim specjalny projekt tzw. Mobilnych Ogrodów Zdrowia. Nasadzenia o wyjątkowych charakterze zdrowotnym dla organizmu ludzkiego. Ogrody dla Natury - pięknie może być od zaraz. Chętnie podzielimy się efektami naszych prac. W Instytutcie Hiortiterapii razem z dr Beatą Płoszaj-Witkowską, kierownikiem Studiów Podyplomowych na UWM, wdrażamy program hortiterapii na Mazurach, w ramach projektu Centrum Innowacji i Transferu Technologii do MŚP. Uczymy się od siebie w trakcie stażu naukowego jak pracować efektywnie.

Pozdrawiam wszystkich gości sobotniego śniadania na trawie w Parku Centralnym. Dziękuję Gazecie Olsztyńskiej za zaproszenia i kłaniam się uczestnikom moich zajęć w parkowym Instytucie Hortiterapii. Muzyka jaka wczoraj zabrzmiała przy fontannie dopełniła wrażenia, że jest w tym pomyśle olbrzymi potencjał. Park jest przestrzenią publiczną. W tym wszystkim liczy się nasz głos - to my mamy możliwość wpływu na to jak będzie ostatecznie to miejsce wyglądało - ono jest dla nas.

Zofia Wojciechowska

poniedziałek, 14 lipca 2014

Śniadanie na trawie a Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu

Happening w parku i śniadanie na trawie to tylko przykład interdyscyplinarnego podejścia do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Spontaniczny projekt ale odnoszący się do zmian, jakie zachodzą w świecie. Pokazywanie funkcjonowania ekosystemu miasta, potrzeb człowieka i planowania przestrzennego. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski proponuje coś więcej niż jednorazowe happeningi.

Już w październiku 2014 r. na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim rozpoczną się zajęcia na nowo uruchomionym kierunku licencjackim dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Kierunek trochę inny niż inne. Po pierwsze jest interdyscyplinarny i międzywydziałowy (Wydział Humanistyczny oraz Wydział Biologii i Biotechnologii). Po drugie duży nacisk położony jest na konkretne umiejętności, dużo zajęć realizowanych jest metodą projektu.

Praktyki zawodowe odbywać się będą w przedsiębiorstwa z branży turystycznej, ochrony przyrody oraz samorządach lokalnych. Już nawiązaliśmy współpracę z Danią i Francją z myślą o wymianie studentów. Na rok przyjedzie stażystka z Brazylii. Dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym zainteresowani są na całym świecie a brakuje jeszcze uczelni kształcącym w tym obszarze. Olsztyn jest wśród liderów.

Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze to przede wszystkim myślenie o przyszłości. Kierunek jest odpowiedzią na zapotrzebowanie i wynika z głębokich przemyśleń sytuacji wokół nas (tego jak rozwija się gospodarka i rynek pracy). Wynika ze strategii rozwoju regionu jak i misji uniwersytetu. Nowy kierunek - dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze - nawiązuje do uniwersyteckiej misji kształcenia wysokiej jakości absolwentów i realizacji badań, wdrażających innowacyjność w obszarach usług i rozwoju regionalnym, w szczególności w zakresie wzbogacania kultury oraz wdrażania idei ekorozwoju. W zakresie postaw konsumenckich, stylu życia i wykorzystania odnawialnych źródeł energii nawiązuje także do koncepcji green university. A w ujęciu regionalnym nawiązuje do współczesnych trendów np. cittaslow czy slow food.

Warmia i Mazury to region, w którym jak w soczewce widać problemy i potrzeby Europy regionów. Skupiamy się na naszym regionie, ale umiejętności i wiedza przydatne będą poza granicami. Coś ważnego w zakresie kultury i rozwoju zrównoważonego u nas się dzieje. Powstało uniwersyteckie Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym, bo chcemy te zjawiska poznawać i opisywać. Na uniwersytetach dydaktyka ściśle łączy się z prowadzonymi badaniami naukowymi.

Interdyscyplinarny i międzywydziałowy kierunek kształcenia na pierwszym stopniu studiów (licencjackich) będzie elementem doskonalenia kształcenia absolwentów z zakresu kultury, mediów i promocji, regionalnych zasobów bioróżnorodnosci oraz wpisywać się będzie w przygotowanie, wdrożenie i realizację programu „Promocja Regionu Warmii i Mazur" (w zakresie dziedzictwa kulturowego oraz dziedzictwa przyrodniczego), jak również w zakresie promocji działań na rzecz ochrony i zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego Warmii i Mazur.

Już w październiku br. rozpoczną się zajęcia na nowo uruchomionym kierunku licencjackim dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Kierunek jest unikalny w skali Europy, łączy wiedzę humanistyczną z przyrodniczą (studia interdyscyplinarne). Są jeszcze wolne miejsca, dodatkowy nabór odbędzie się we wrześniu (mozna na UWM bezpłatnie studiować drugi kierunek, więc jest okazja dla jeszcze większej interdyscyplinarności).

Zainteresowanie jest dość duże i szerokie. Dlatego uruchomione zostały także studia podyplomowe oraz przygotowywane są studia magisterskie. W odpowiedzi na zainteresowanie z różnych krajów europejskich niebawem rozpoczną się prace nad przygotowaniem oferty kształcenia w języku angielskim. Pomysł narodził się na Wydziale Humanistycznym, wśród filozofów oraz w Towarzystwie Naukowym Pruthenia. W nawiązaniu do wcześniejszej współpracy zwrócili się do biologów z propozycją przygotowania i realizacji. Jest więc to inicjatywa dwóch wydziałów: Humanistycznego oraz Biologii i Biotechnologii , ale prowadzić będą zajęcia także pracownicy z innych wydziałów. Bo kierunek jest interdyscyplinarny i międzywydziałowy.

Idea kształcenia na tym kierunku jest odpowiedzią na zmiany jakie się dokonują w świecie i wokół nas. We współczesnym świecie zachodzą szybkie i głębokie zmiany w postawach konsumenckich i stylu życia. Zachodzą także duże zmiany w środowisku przyrodniczym. Wagę ochrony przyrody podkreśla m.in. Dekada Bioróżnorodności 2011-2020, ogłoszona przez ONZ. Pojawiają się zupełnie nowe formy turystyki i działalności gospodarczej. Wymaga to od absolwentów (jak i uczelni wyższych kształcących tych absolwentów) zupełnie nowych form kształcenia rodzącej się klasy kreatywnej. W globalnym świecie coraz większego znaczenia nabiera lokalność i specyfika regionalna. Zmiany te widoczne są zarówno w warstwie filozoficznej, jak i społecznej oraz gospodarczej. Także Warmia i Mazury – podobnie jak w wielu innych regionach Europy – w coraz większym stopniu realizuje rozwój regionalny w oparciu o dziedzictwo kulturowe i zasoby przyrodnicze. Przykładem jest coraz popularniejsza sieć miast cittaslow, oraz rozwijająca się moda na żywność regionalną (czy rękodzieło).

Nasz region w skali międzynarodowej promuje się poprzez akcje typu „Mazury cud natury” czy „Warmińska rebelia kultury”. Intensywnie rozwijane są także źródła energii odnawialnej. W konsekwencji rozwój regionu realizuje się w oparciu o turystykę i dziedzictwo kulturowe oraz zasoby przyrodnicze, zapewniające zatrudnienie w sektorach gospodarki opartej na wiedzy. Nowa sytuacja wymaga nowych kompetencji o charakterze interdyscyplinarnym. Rodzi się rynek pracy dla tak zwanej klasy kreatywnej, umiejącej dostrzegać nowe trendy i wykorzystywać je dla pobudzania rozwoju regionalnego. Oczywiście, to nie jest kierunek dla wszystkich, bo trzeba wykazać się wszechstronnością umiejętności. Ale przecież rozwijać się będą głównie małe przedsiębiorstwa, w których trzeba będzie wykazać się nie tylko umiejętnością w wąskiej specjalności ale i praktycznym działaniem.

W przygotowanie kierunku włączone są różne podmioty pozauniwersyteckie (tak zwani interesariusze). To ich pytamy się o potrzebną wiedzę, umiejętności i kompetencje absolwentów. Absolwent będzie przygotowany do pracy w różnych instytucjach, działających w sferze komunikacji publicznej, kultury, ochrony przyrody, edukacji, biznesu, nauki i administracji zajmujących się szeroko pojętym dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym oraz jego ochroną.

Absolwenci kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze przygotowani będą do pracy w jednostkach samorządu lokalnego, regionalnych przedsiębiorstwach zajmujących się turystyką, produkcją żywności oraz rękodzieła, placówkach kultury i samorządowych jednostkach edukacyjnych (np. zielone szkoły), instytucjach zajmujących się ochroną przyrody jak również w lokalnych i regionalnych organizacjach pozarządowych i stowarzyszeniach (trzeci sektor). Umiejętność pracy metodą projektu oraz rozumienie szerokiego europejskiego kontekstu umożliwia także pracę w instytucjach międzynarodowych i zagranicznych. To pierwszy taki kierunek w Polsce, a drugi w Europie (pierwszy powstał w Danii), kolejne można znaleźć dopiero w Chinach. Zainteresowanie międzynarodowe zmusza nas do rozpoczęcia prac nad przygotowaniem kształcenia w języku angielskim dla obcokrajowców.

Stanisław Czachorowski

niedziela, 13 lipca 2014

Sudowia 2014


Wędrowałem – w ramach urlopu - po północnej Suwalszczyźnie. Tylko trzy dni samotnej wędrówki najpierw po Górach Sudowskich, potem po Suwalskim Parku Krajobrazowym. Region robi wrażenie zapomnianego przez turystów. Dosyć wspomnieć, że przez trzy dni wędrówki do miejsc raczej znanych (jak grodzisko Gulberek, jezioro Hańcza, szlak wokół jez. Jaczno) spotkałem tylko jednego piechura (młodego chłopca zresztą, który sam zasuwał zobaczyć jedynie kamień graniczny nad Hańczą – starzy zapewne grzali tyłki na plaży i nie chciało im się ruszyć) i może ze trzy ekipy rowerowe. A to przecież szczyt sezonu. No, dla mnie bomba, ale przypomniałem sobie, kiedy wędrowałem tam jeszcze ponad 20 lat temu (za poprzedniego systemu) i też nikogo nie spotkałem. W każdym razie odpocząłem, komórka wyłączona, co prawda już nie namiot tylko kwaterki, ale tam też cisza i bez tłoku.

Ewidentnie się starzeję, przestało być ważnym – zobaczyć to, czy tamto. Wszystkiego przecież i tak człowiek nie zobaczy, a nigdy nie wie, czy to, czego nie widział nie jest akurat ważniejsze dla niego od tego, do czego tak gonił. No to tylko stres dodatkowy, a przecież wyrusza po to, by od stresu uciec. Tak więc chodziło o bycie w drodze, o wędrówkę, niby gdzieś, niby do jakiegoś celu, ale przecież nie tak do końca, bez większego przekonania, w ciągłej gotowości by zboczyć, skręcić, zawrócić, albo tylko usiąść, by patrzeć niby to na to, niby na tamto – ale właściwie to nigdzie albo wszędzie (na to samo wychodzi). Parę lat nie mogłem znaleźć na to czasu i miejsca w sobie, by taką podróż podjąć. Czy to zły znak, kiedy zaczynasz odczuwać przyjemność z samego faktu, że idziesz wolny od wszelkich „mam”, „miałem”, „należy”, „powinienem był”, od tej całej pajęczyny znaczeń i relacji wiążących cię z zawłaszczającym twoim życiem światem?

Szedłem, 32 stopnie w słońcu paliło moje ramiona i zamieniało usta w wyschnięte błoto, źle – jak się okazało – dobrane buty na wędrówkę sprawiały, że co ostrzejsze kamienie odgniatały stopy, a łydki - przyzwyczajone, że najcięższą pracą, jaką wykonywały, było swobodne dyndanie na komputerowym krzesełku - wyły z wyczerpania. A ja szedłem i miałem wszystko w d… Komórka wyłączona i wciśnięta na dno plecaka (na wszelki wypadek, ale gdyby przecież się zdarzył to i tak nie byłoby czasu jej odpalić). Okazało się, że prawie nikt nie zauważył mojego zniknięcia z sieci na cztery dni; powinienem się przerazić, bo może w ogóle mógłbym zniknąć i nikt (poza moim bankiem – ten zawsze pamięta, taka nowoczesna postindustrialna Opatrzność) nie byłby gotów tego jakkolwiek dostrzec. Nawet półfinały mundialu jakoś się odbyły bez mojej asysty przed TV (chociaż może gdybym siedział, Brazylijczycy nie dostaliby takiego lania – mea culpa).

W pewnym momencie zauważyłem, że jedyną rzeczą, która wiązała mnie z tzw. realnym światem były banknoty NBP, wszystkie inne więzi stały się kompletnie nierealne. Realna stała się woda, ciało, które jęczy, boli, chce pić, sikać, jeść i tak w koło. Nawet przemierzona przez dzień przestrzeń stawała się mało realna, kiedy wieczorem wpadałem w łóżko, kiedy obrazy dnia zlewały się w dziwne konstelacje, gdy okazywało się, że obserwowana w Wiżajnach pielgrzymka do Ostrej Bramy ni stąd, ni zowąd wyłania się z chaszczy nad jeziorem Sudowskie, albo gdy przy kamieniu granicznym na półwyspie bocianim jeziora Hańcza spotykam nie owego biednego chłopca w klapkach, który zdążył dolecieć w pobliże kamienia, zwątpić w jego istnienie (czy wątpienie jest naprawdę domeną młodych?), wrócić do mnie po wiarę, polecieć tam znowu by ją zweryfikować lub sfalsyfikować i znowu do mnie wrócić, by zakomunikować - „że tak”, i polecieć dalej (młodzi nie lubią się zatrzymywać), ale moją gospodynię z Wysokich, która nastawia właśnie kawę w moim ulubionym włoskim ekspresie. Czy gdybym pozbył się i tych banknotów, tej nie poddającej się procedurze wątpienia – „évidence” – osiągnąłbym stan całkowitej autonomii, samoposiadania i samoopanowania? Mrzonki Jana Jakuba, ale przyjemne.

W każdym razie, chociaż co prawda doszedłem tu i tam, zobaczyłem to i owo, napawałem się tym i tamtym, został mi w głowie sam marsz, samo bycie w drodze. Boże – ja to jeszcze potrafię. Co wspaniały stan egzystencji – iść sobie – gdziekolwiek, ot tak, nie dla spawy, nie dla misji, nie po sukces, dla perwersyjnej przyjemności wędrowania, za ten pagórek, może za tamten, do tej wioseczki, a może do tamtej…, nieważne przecież gdzie, ważne – że…

Bogdan Radzicki

sobota, 12 lipca 2014

Mamo, po co Ci ta historia?

(Dziuchy, fot. S. Czachorowski)

Mój syn wielokrotnie zmuszony sytuacją, musiał uczestniczyć w wycieczkach prowadzonych przeze mnie jako przewodnik terenowy. Nie byłoby to nic szczególnego, gdyby nie fakt, że młody człowiek ma 7 lat i jego zainteresowania daleko odbiegają od 600 – letniej architektury kościołów i zamków, czy dylematów związanych z trudną historia tych ziem. Któregoś dnia zadał mi pytanie – po co Ci ta historia? No właśnie, po co nam historia?

Zacznijmy od szukania definicji. Historia to z pewnością nauka – zarówno z tłem humanistycznym jak i społecznym, która bada przeszłość, z czego wynika późniejsze opisywanie przez nią dziejów. Czyli prosto ujmując to swego rodzaju opowieść o naszej przeszłości, na którą możemy spojrzeć z czasem z dystansem, zadać jej i sobie pytania egzystencjalne o nasz rozwój, postęp lub regres i katastrofy, by móc znaleźć odpowiedzi. Powinniśmy zatem znać historię chociażby po to, aby być może nie pokonywać tych samych dróg, którymi błędnie szli nasi przodkowie, nie powtarzać tych samych porażek wiedząc kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy. To podstawowe wartości tworzące człowieka.

Pytanie o przeszłość jest zawsze pytaniem o samego siebie. Nieznajomość historii stawia nas w pozycji idioty. Jest to dobrowolny sposób na odebranie sobie jakiejkolwiek broni w obliczu manipulacji kulturowej, politycznej, medialnej czy gospodarczej. To widać wyraźnie w obliczu jakichkolwiek kryzysowych momentów – świadomi historii jednoczą się i próbują znaleźć rozwiązanie, reszta zaczyna się dzielić i mentalnie ćwiartować. Wystarczy pomyśleć o czasach rozbiorów, kiedy znikaliśmy z map wszelakich. Wtedy właśnie szczególnie, kiedy rugowano mowę i historię, powstawały największe opowieści o dawnych czasach, kłaniając się przeszłości „ ku pokrzepieniu serc”szukano w niej odpowiedzi co zrobić, żeby to już się więcej nie powtórzyło.

(Kabiny, fot. S. Czachorowski)
Historia to taka podróż do przeszłości, która może ukształtować naszą teraźniejszość. Może być kluczem, jeśli umiejętnie z niego skorzystamy. Historia posiada również pewien aspekt psychologiczny. Uczy nas, że wiele może zależeć od niewielu, od pojedynczego człowieka. To historia uczy szacunku do dokonań każdej jednostki, szacunku do człowieka i jego dokonań, niezależnie od pochodzenia, pozycji, czy szlacheckich tytułów. Historia uczy nas kształtowania własnych opinii, prawa do ich posiadania, umiejętności poszukiwania logicznej argumentacji.

Znajomość historii to również pewna swoboda w podróżowaniu. Wiedza na temat zabytków, kierunków sztuki, języka, historii państw i regionów znacznie ułatwia zrozumienie kultury innych państw czy społeczności, a zarazem staje się łatwiejszą droga do bezkonfliktowej komunikacji. Historia również wpływa na kształtowanie kultury ogólnie rozumianej jest jako całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa. Bez tego nieustannie musieli byśmy wynajdywać koło i jako społeczność stalibyśmy w miejscu patrząc, jak nasi sąsiedzi galopują z rozwojem. Równe prawo do wykształcenia w dobrym, tradycyjnym kanonie kulturowym dla wszystkich, powinno być nieprzekraczalną i podstawową zasadą, dotyczącą nie tylko demokracji, ale również i fundamentalnych praw człowieka jako jednostki ujętej w społeczeństwie.

Kto nie zna historii swojego kraju, swojego miejsca na ziemi, nie wie tak naprawdę kim jest. Nie może też wiedzieć jakie musi spełnić warunki, aby zabezpieczyć swój dobytek, swoją wolność, swoje szczęście i tożsamość jako jednostki i jako członka grup społecznych. Próba zrozumienia procesów dziejowych czy sposobu widzenia świata osób żyjących setki lat temu jest cechą cywilizacji na pewnym poziomie rozwoju. Każdy z nas w jakimś momencie życia czuje również potrzebę znalezienia właściwego opisu dla wewnętrznego „ja”. Wyjaśnień, odpowiedzi i nauki warto poszukać w historii.

Izabela Treutle
(przedruk z bloga: http://zadrzwiamicodziennosci.wordpress.com/)

czwartek, 10 lipca 2014

Nowolatki i noworoczne dokazywanie

(Nowolatki w nowej tradycji, jako przekąska do piwa,
Olsztyn, 2013, Festiwal Dziedzictwa Browarniczego)

Tego dnia na Warmii wszystko zaczyna się od początku, zamyka się krąg, zamyka koło życia i otwiera się ponownie… Ten dzień, a właściwie noc, to zapowiedz nowej nadziei i oczekiwań.

Dzień przed sylwestrem czynność najważniejsza dla każdej gospodyni to zagniatanie nowolatka. To zwyczaj z magicznym przesłaniem. Z mąki, odrobiny soli, wody i wina – poświęconego na św. Jana w dniu 27 grudnia, zagniatano ciasto. Przybierało ono później przeróżne formy: postacie Trzech Króli, zwierzęta, gwiazdy czy drzewa. Tak ulepione „nowe lato” suszyło się na piecu. To - przypominające Trzech Króli - wieszano w szafie lub na ścianie, gdzie wisiało do przyszłego roku. To w formie zbożowych kłosów wrzucano do pierwszych zasiewów. Pokruszone ciasto wkładano w szczeliny drzew owocowych, prosząc o bogate zbiory na przyszły rok. Drzewa z pokruszonym nowolatkiem wiązano również słomą i skrapiano święconą wodą. Okruszki podrzucano też pszczołom, a wszystkie te rytuały opatrzone były drobną, wierszowaną formułką wyrażającą prośby o pomyślność. Częścią figurek dzielono się również ze zwierzętami gospodarskimi. Resztę starannie chowano, jako lek przynoszący ulgę w różnych chorobach zwierząt i ludzi.

W domach zbierano się przy wspólnym różańcu, wspominano również i modlono się o zmarłych krewnych i znajomych. Podobnie jak wieczór wigilijny i następujące po nim dni pełne były wierzeń i zabobonów, tak i w nowy rok spotykamy ich wiele. Podobno w sylwestrową noc można było w palącym się ogniu wypatrzeć, jaki los, dobry czy tez zły, spotka człowieka w nadchodzącym roku. Koniecznością było również schowanie noża od sieczkarni, w przeciwnym wypadku nad ranem można było znaleźć człowieka bez głowy. Wierzono też, że tej nocy mogą odwiedzać domy dusze zmarłych, więc posypywano izby popiołem lub piaskiem, by ujrzeć ich ślady. Nie wolno było urządzać prania, szyć, a nawet czesać włosów. Zakazane było również stanie na rozstaju dróg, bo tam, jak wiadome było ogólnie, zawsze czekają złe duchy.

Bardzo istotne było też, kto przekroczy jako pierwszy w nowy rok próg chałupy. Płeć gościa miała być zapowiedzią płci nowych zwierząt, jakie narodzą się w gospodarstwie w nadchodzącym roku. Tuż przed północą jedzono, zawsze ze wspólnej miski „breje”. Breja to mączna potrawa, kluski o okrągłym kształcie z zagłębieniem w środku. A zagłębienie to na „skrzeczki” czyli tłuszcz ze skwarkami. Jedzono to ze wspólnej miski, żeby podkreślić jedność i wspólnotę rodziny. Do brei podawano mleko i kwaśna kapustę.

Tego dnia przygotowywano też grog i poncz. Często, kiedy wybiła północ, wychodzono przed dom i głośno krzyczano – „już po brei” – co miało być oznajmieniem początku nowego roku. Po kolacji składano sobie życzenia i tak jak dzisiaj opłatkiem, dzielono się zasuszonym nowolatkiem. Ten wieczór, to również pracowita noc dla wszelakiej maści psotników. Szyby zamazane popiołem z woda, wysmarowane klamki, pozatykane kominy, schowane sprzęty gospodarskie. Młodzi chłopcy dawali upust swojej fantazji i wyobraźni, a nikt nie mógł gniewać się za nich na te noworoczne wybryki. A później czekano już na 6 styczeń czyli święto Trzech Króli lub inaczej Święto Objawienia Pańskiego. Wama daj Boże, szczęście w tym nowym roku, żebysta w zdroziu drugiego doczekali!

Izabela Treutle 

(artykuł wczesniej ukazął się w Gazecie Turystycznej)

czytaj też o fafernuchach

środa, 9 lipca 2014

Wakacyjne poszukiwanie lokalnego dziedzictwa

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

Na różnych festynach lokalnych, jarmarkach, kiermasach, spotkać można wielu lokalnych twórców i rękodzielników z szeroką gamą lokalnych produktów i usług, nawiązujących do dziedzictwa kulturowego i przyrodnizcego regionu. Fascynujące, piękne, unikalne, z głęboką historią!

Chcemy o takich miejscach, osobach opowiedzieć, pokazać, przybliżyć. Sami chcemy się dowiedzieć więcej i poznawać dziedzictwo niematerialne naszego regionu (i okolic).

Stanisław Czachorowski

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)

(Kiermasy, lipiec, Bałdy 2014)



wtorek, 8 lipca 2014

Otwarcie portalu Revita Warmia, w Jezioranach


Drodzy przyjaciele, współpracownicy i goście Fundacji Revita Warmia,
zapraszamy Was serdecznie na dwa ważne dla rozwoju naszej inicjatywy wydarzenia, które będą miały miejsce tego samego dnia 19 lipca w Jezioranach.

O godzinie 16.30 uroczyście (ale bardzo krótko i konkretnie) otwieramy nasz portal/gazetę Revita Warmia - Sztuka Życia i Budowania w Warmińskim Krajobrazie.

Następnie o 17.00 przejdziemy na wystawę malarstwa Rafała A.Mikułowskiego pt. "Arche" (jest to cykl prac, które powstały w czasach, gdy artysta mieszkał w Afryce i w Belgii) do Spichlerza przy Kościele Św. Bartłomieja w Jezioranach. Spichlerz jest na co dzień jest budynkiem niedostępnym, dlatego wystawa będzie okazją do poznania i zwiedzania tego zabytkowego obiektu.

Pozdrawiamy
Marcelina, Rafał, współpracownicy i wolontariusze