piątek, 19 grudnia 2014

Wycieczka do Muzeum Ewolucji


Fotografie z wycieczki do Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN Warszawa, która odbyła się 10 grudnia 2014 r. Studentki pierwszego  roku dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego, pod opieką profesor Alicji Boroń, uczestniczyły w zajęciach wyjazdowych w Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN w Warszawie.


sobota, 13 grudnia 2014

wtorek, 2 grudnia 2014

Bocian biały - polski gatunek flagowy w zimowym krajobrazie


Przypominamy, że Centrum Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UWM w Olsztynie objęło patronatem seminarium "Bocian biały - polski gatunek flagowy w zimowym krajobrazie. Wybrane problemy w kontekście działalności ośrodków rehabilitacji zwierząt", współorganizowane przez jednego z interesariuszy kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze - Fundację Albatros.

Zainteresowanych zapraszamy do uczestnictwa w tym wydarzeniu w najbliższy piątek. Program znajdą Państwo w załączonych grafikach. Prosimy o upowszechnienie informacji na ten temat.

Z poważaniem
Małgorzata Liszewska


czwartek, 27 listopada 2014

Sprawozdanie z Projektu Grundtviga turnus 11.08-31.08.2014

Co Sławka Stefaniaka z Zagłębia mogło przygnać do Mrągowa, gdzie ani kopalń, ani hut, tylko woda, lasy, ludzie mówiący jakimś takim innym akcentem i nieśpiesznie drepczący przed siebie... Co Ryszarda Bitowta tu sprowadziło z odległych krańców Polski, a co Christinę Neumann z Würzburga... Tego wszystkiego spróbujemy dociec, jako wolontariusze drugiej odsłony polsko - niemieckiego projektu: śladami poetów Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W pierwszej Ewa Maria Slaska, wraz z Eddą Frerker chodziły mazurskimi i warszawskimi tropami obu autorów, my z Edmundem Nowakiem skoncentrujemy się na mazurskich śladach Ernsta Wiecherta. 

Pisarz urodził się 18 maja 1887 r. w miejscowości Kleinort, niedaleko Mrągowa, co zwało się wówczas Sensburg. Po drodze będziemy spotykać różnych ludzi, różne inne wątki, te ścieżki będą się czasami przecinać, albo nagle urywać, kiedy indziej pobiegną kawałek równolegle, jak to w mazurskim lesie.

Autorami projektu są Bogusław Fleck z Berlina i Zofia Wojciechowska z Mrągowa. Projekt ma na celu aktywizację ludzi 50+, a finansowany jest z funduszy unijnych. Z Monachium via Berlin i Szczecin, autobusem i pociągiem docieramy do Olsztyna. Stamtąd jeszcze 60 kilometrów do Mrągowa, zupełnie przyzwoitą, lokalną drogą, którą pokonujemy busikiem miejscowych linii. Nie ma żadnego wrzucania pieniędzy do kapelusza, kierowca pobiera należność za przejazd i daje pasażerowi bilet, wydrukowany w kasie fiskalnej, taka norma obowiązuje dziś wszystkich przewoźników w Polsce. Niestety pasów bezpieczeństwa przy fotelach dla pasażerów nadal brak i to jest też norma, a wypadków na lokalnych, polskich drogach sporo. Jesteśmy w światowej czołówce, jeżeli chodzi o tragiczne skutki brawurowej jazdy kierowców. Tylko, jak tu inaczej prowadzić pojazd, kiedy z przodu jedzie kombajn zbożowy, tempem 20 kilometrów na godzinę, a z przeciwka śmigają bmwice i ople co najmniej stówą i żaden nie da kierowcy wyprzedzić rolnika. Z boską pomocą cało docieramy jednak na miejsce.

Pani Zosia odbiera nas taksówką spod nieczynnego dworca kolejowego i zawozi do "Gościńca Molo“, nad jeziorem Czos, gdzie mamy zarezerwowane pokoje z widokiem na wodę. Standard dobry. Trochę się odświeżamy i schodzimy do restauracji na proszoną kolację - półmisek smakowitych, mazurskich ryb i kieliszek białego wina pomagają wyciszyć się po podróży.

Ranek następnego dnia, podobnie, jak większość kolejnych, które tu spędzimy, wita nas słonecznym uśmiechem, skąpanym w powierzchni jeziora. Śniadanie, w postaci obficie zaopatrzonego, szwedzkiego bufetu wliczone jest w cenę pokoju. Po posiłku, próba elektroniki, czy mój świeżo zakupiony laptop przyjmuje zdjęcia z aparatu fotograficznego i jak z dyktafonem, który parę lat przeleżał w szufladzie. Około 13.00 przyjeżdża Zosia i omawiamy program pobytu. Można dać na spocznij, nie będziemy zatrudnieni przy wycince drzewa w Puszczy Piskiej, ale ten pobyt w luksusowym hotelu przyjdzie odrobić w twardej pracy reporterskiej. Na początek Sławek Stefaniak - numizmatyk i kolekcjoner pamiątek, związanych z życiem i twórczością Ernsta Wiecherta dosiada się do nas na hotelowym tarasie, mówi, że się trochę spieszy, bo startuje czwarty festiwal kultury mazurskiej w Sorkwitach i on tam będzie wystawiał swoje eksponaty, musi je więc przygotować, ale trochę sobie pogawędzimy. O tym m.in., jak trudno było mu, obcemu, zapuścić korzenie w mazurskiej ziemi, ale teraz nikt by mu ich już stąd nie wyrwał. Od lat działa społecznie w Mazurskim Stowarzyszeniu Twórczości Ernsta Wiecherta w Pieckach, a na życie zarabia pracą w ubezpieczeniach. Koło naszego stolika przechodzi dziewczęcym krokiem Agata Dowhań z zespołu Alibabki, który przed laty był na topie polskiej sceny muzycznej. Zamieniamy parę grzecznościowych zdań, pamiątkowa fotka, na dziś tyle zadań. Mogę wypożyczyć „bączka”, łódkę na moje ulubione dwa wiosła i trochę się porozciągać na jeziorze, dawno ku temu nie miałem okazji. 

Nazajutrz jesteśmy umówieni z Edmundem na spotkanie z Mariuszem Żyłowskim, kierownikiem muzeum w Mrągowie, z okazji wystawy o repatriantach, którzy osiedlili się na Warmii i Mazurach. Relacjonowaliśmy już tę wizytę. Ciekawi mogą zajrzeć na bloga Ewy Marii Slaskiej.

Do dyspozycji mamy rowery, można popedałować wzdłuż jeziora dobrą drogą, popatrzeć na wodne ptactwo buszujące w sitowiu, na wędkarzy zachęcających ryby do łyknięcia przynęty, na naszych rówieśników, ćwiczących swoją tężyznę na gimnastycznych przyrządach, ustawionych na jednym ze skwerów. Pod amfiteatrem, w którym odbywają się większe imprezy w mieście (niestety o jeden dzień spóźniliśmy się na 20 jubileuszowy Festiwal Kultury Kresowej), podają dobre, zimne piwo. Z czasem promile wywietrzeją i znowu będzie można wsiąść na rower.

Na stary, miejski cmentarz, za ozdobną sadzawką, zwaną jeziorem magistrackim, „idziemy z buta”. Podobno są tam mogiły żołnierzy, milicjantów i pracowników bezpieki, którzy zginęli po zakończeniu wojny, w trakcie tzw. utrwalania władzy ludowej. Jedni padli od partyzanckiej kuli, inni z broni niemieckich lub krasnoarmiejskich maruderów, w obronie cywilnej ludności; rodzimi szabrownicy też byli uzbrojeni. Trudno te mogiły znaleźć, wreszcie jacyś starsi ludzie pomagają. Kwatera między sosnami, dziesięć pozarastanych mchem kamiennych płyt, ze słabo już widocznymi nazwiskami i stopniami służbowymi poległych. Na czołowym cokole widać ślady po zerwanym napisie, komu kwatera jest poświęcona. Może jakiś pijaczek dostał za niego na flachę w skupie złomu, Edmund uważa, że ta dewastacja to akt polityczny. Tylko, kto by za nim stał? Radykałowie ze skrajnej prawicy, a może ludzie, którym dobra pamięć jest nie na rękę? Trudno być np. wnukiem funkcjonariusza dawnego aparatu bezpieczeństwa i jednocześnie „kręcić lody” w PO albo PiS.

Do Piersławka, gdzie znajduje się Izba Pamięci Ernsta Wiecherta, jedziemy daewo Zosi. Leśniczówka, w której pisarz urodził się i mieszkał do lat wczesnej młodości, należy do Nadleśnictwa Strzałowo. Gospodarzem jest leśniczy, Zbigniew Sadownikow, który wspólnie ze swą połowicą Jolantą dba o to, aby dom i jego otoczenie nie straciły pierwotnego charakteru. Sama Izba mieści się w sąsiednim, parterowym budynku, na ścianach zdjęcia z różnych okresów życia pisarza i jego bliskich, są domowe sprzęty, które udało się uratować z leśniczówki po zakończeniu wojny, cenne dokumenty, przedmioty osobiste należące do rodziny. Ponieważ przyjechaliśmy z Monachium, pani Jola pyta się, jaką płytę nam puścić o Ernście Wiechercie, po niemiecku, czy po polsku? Sumituje się, że przecież nie wie, w jakim języku mówimy na co dzień. Prosimy o polską wersję. Niestety o wschodniopruskim twórcy wiem niewiele, oprócz tego, że poza germańskimi w jego rodzie były także korzenie polskie, litewskie i romańskie oraz że był antyfaszystą. Po polsku nie mówił. Edmund, rasowy podróżnik, lepiej przygotował się do wyjazdu. Wyszperał w internecie, że pierwsza żona Wiecherta popełniła, podobnie, jak jego matka, samobójstwo, ponieważ pisarz związał się z inną kobietą, z którą zamieszkał później nad Starnberger See, w Górnej Bawarii. Płyta dostarcza więcej informacji, obiecuję sobie, że po powrocie do Monachium pójdę do biblioteki i wypożyczę którąś z 13 powieści pisarza, a był również autorem opowiadań i wierszy.

Czas goni, po południu zaczyna się mazurski festiwal, na który jesteśmy zaproszeni. Także relacja z festiwalu doczekała się naszej publikacji w berlińskim blogu Ewy Marii Slaskiej, więc lecimy dalej. Na warsztaty dziennikarskie, które w Gościńcu poprowadzi red. Krzysztof Mika, na szybkie, pełne serdeczności „wpadnijciedomnienaporannąkawę“ u pani burmistrz Mrągowa, Otolii Siemieniec, przy białoruskich czekoladkach. Na spotkanie z Bogdanem Kurtą, mrągowskim starostą, żeby porozmawiać o problemach powiatu i na ulicę Wolności, do Ryszarda Bitowta. Ten ostatni adres zasługuje na oddzielny materiał, więc tylko kilka zdań. Na rozmowach z 84 letnim kresowianinem, którego losy rzuciły po zakończeniu wojny wraz z najbliższymi na Mazury, spędziliśmy dwa dni i pożegnaliśmy go... w poczuciu niedosytu. Leksykon Kultury Warmii i Mazur pisze o nim: nauczyciel, etnograf, kolekcjoner, działacz społeczny, kronikarz związany z Mrągowem. Napisano i nakręcono o nim wiele reportaży, materiałów dokumentalnych, ale żaden nie dał panu Ryszardowi odpowiedzi na pytanie, które wraz z upływającym czasem coraz bardziej go nęka: co zrobić z tą całą masą dokumentów i eksponatów, które zgromadził w ciągu kilkudziesięciu lat. Po pobieżnym zapoznaniu się ze zbiorami, zajmującymi dosłownie cały dom od piwnic po strych i przyległe pomieszczenia gospodarcze, też nie wiemy.

Czas jest wrogiem pamięci, zwłaszcza tej materialnej. Kiedy kolega jedzie na zwiedzanie głównej kwatery Hitlera, zwanej Wilczym Szańcem, ja zatrzymuję się w samym Kętrzynie, żeby poszukać swoich rodzinnych pamiątek. Grobu babci Urszuli, mamy mojego ojca, repatriantki z Wilna, niestety już nie ma. Udaje mi się jednak zdobyć informacje, które wzbogacają moją wiedzę o rodzinie Milewiczów, ale to także było już tematem oddzielnego wpisu na blogu.

Kończy się pomału drugi tydzień naszego wolontariatu. Pomagamy Zosi w przygotowaniu jedynego w swoim rodzaju magicznego spektaklu, w którym głównymi aktorami są dzieci z „Zielonej Akademii“, czarodziejski ogród w Pieckach, pełen oszołamiających zapachów – och, gdyby udało się je tak w jakiejś ogromnej konserwie przewieźć do Monachium, jako antidotum na złe chwile – i podwójna tęcza na wieczornym niebie. Pomysłowym mandalom kwiatowym i konkursom przyrodniczym towarzyszą występy lokalnego zespołu muzycznego, a cała impreza odbywa się na łące przed Muzeum Regionalnym im. Walentyny z Sapiehów Dermackiej. Oto co pisze o nim w swoim internetowym profilu p. Izabela Kozyra-Cybulska, kierująca muzeum: wcześniej funkcjonowało, jako prywatne Muzeum Sztuki Ludowej Pani Walentyny i Marii Dermackiej. Główną częścią kolekcji są figurki i sceny figuralne, rzeźbione w glinie (wypalane, polichromowane, szkliwione) wykonane przez znaną na całym świecie twórczynię sztuki ludowej Władysławę Prucnal z Medyni Głogowskiej. Wspaniała kolekcja powstawała od 1959 r. W jej skład wchodzą bogate księgozbiory oraz meble, eksponaty i przedmioty użytku codziennego. Muzeum odwiedziło już wiele znanych osób i ekspertów sztuki ludowej, którzy podkreślają wartość zbiorów (…) Zbiory zostały skatalogowane i czekają na zatwierdzenie przez konserwatora Zabytków. Panie Dermackie prowadziły przez wiele lat Kronikę Gminy (w Pieckach - przyp. Z.M. ), która liczy kilkanaście ksiąg z wpisami gości, wśród których byli znani aktorzy, politycy, dziennikarze, etnografowie, artyści sztuki ludowej z różnych regionów Polski i zagranicy. Osobną część zbiorów stanowią eksponaty związane z życiem i twórczością Ernsta Wiecherta, które pani Walentyna Dermacka także z wielkim zaangażowaniem gromadziła.

Mrągowo jest niezmordowane w imprezowaniu. W sobotę i niedzielę, na deskach Centrum Kultury i Turystyki (oczywiście, z kierownikiem miejscowej IT, Robertem Wróblem zrobiliśmy wywiad) odbywa się Festiwal Pieśni Żołnierskiej i Patriotycznej. Przyjeżdżają soliści, zespoły wokalne i chóry głównie z regionu, ale przecież także i z Kielc, i ze Słupska, i są winni wielu łzom wzruszenia, wyciśniętym również z moich oczu. Publiczność głównie 50+ , wśród wykonawców przewaga tych samych roczników, choć młodzieży na estradzie nie brakuje i jest dobra muzycznie, zbiera więc zasłużone nagrody. W dzień naszego wyjazdu do Monachium, w Mrągowie odbędą się wielkie sportowe zawody, z ulicznym maratonem na czele i szkoda, że przynajmniej w nich nie pokibicujemy. Kiedy to miasto w ogóle odpoczywa?

Na ostatni tydzień dostajemy zakwaterowanie w leśniczówce w Piersławku, u państwa Sadowników, żeby dobrze poczuć ducha Puszczy Piskiej i Ernsta Wiecherta oczywiście. Jego Izbę Pamięci odwiedzają regularnie Niemcy, wycieczki autokarowe zatrzymują się na obszernym parkingu koło zabudowań i później grupkami przechodzą na dziedziniec. Tyle, że większość turystów chce głównie skorzystać z miejscowej, bezpłatnej toalety, a wstęp do Izby kosztuje 6 złotych. Pani Jola zbuntowała się więc któregoś dnia i teraz przy braku kulturalnych zainteresowań trzeba płacić po dwa złote za wygódkę. Dla wielu jednak i to jest zbyt wielki wydatek, więc wracają nadąsani do autokarów. Zanim pojadą na dalsze zwiedzanie Mazur, zrobią obowiązkowe zdjęcia – leśniczówki z zewnątrz, cielaków pasących się na nieodległej łące, dostojnego starodrzewu na dziedzińcu, to nic nie kosztuje. 

W ramach naszego wolontariatu, kiedy tylko jesteśmy w leśniczówce, rozmawiamy z niemieckimi turystami o tym, co ich tutaj sprowadza i na szczęście nie zawsze jest to fizjologia. Trzydziestoparoletnia Conny z Berlina z koleżanką postanowiły zwiedzić Izbę i wysłuchać opowieści o Ernście Wiechercie, ponieważ mieszkają niedaleko ulicy jego imienia i ciekawiło je, kto to taki. Nie żałują, że weszły. Christine Neumann jest emerytowaną nauczycielką matematyki z Würzburga i przyjechała tu bardziej świadomie, dla autora książek, które zna i ceni za ich humanizm oraz piękny język. Lubi zwłaszcza „Wälder und Menschen“, „Die Majorin“, „Die Jeromin-Kinder“. „Der Totenwald“ o pobycie pisarza w obozie koncentracyjnym Buchenwald wrył jej się najmocniej w duszę, nie mogła nie przyjechać do Kleinort.

Po wojnie miejsce to nazywało się Sosnówka i Zbigniewowi Sadownikowowi bardziej ta nazwa pasowała, niż Piersławek, który nie wiadomo skąd się wziął. Sosny w tutejszym drzewostanie nie brakuje, a on jest leśniczym, tak, jak był jego dziadek i ojciec. Parę lat temu córka poszła w ich ślady, synowie jakoś nie chcieli. Cztery pokolenia leśników w rodzinie, ładne dziedzictwo. Mówią o nim fotografie wiszące na ścianie w stołowym pokoju, stylowe meble, imponujących rozmiarów poroża wiszące na ścianach i pięknie wydana „Księga rodów leśnych” Emiliana Szczerbickiego, w której jest opisany także rodowód naszego gospodarza. Codziennie leśniczy targa do domu ustrzelonego dzika, jelenia, sarnę, a w najgorszym razie jakiegoś szaraka, pani leśniczyna to wszystko pitrasi, a wolontariusze jedzą, aż im się uszy trzęsą. Wolne żarty oczywiście, pani Jola faktycznie karmi nas aż do przesady dobrze, ale zwierzyna w lasach jest jeszcze pod ochroną. Dopiero jesienią, za pozwoleniem świętego Huberta, myśliwi spróbują łowieckiego szczęścia. Na razie leśniczy zaprasza nas na bezkrwawe polowanie, jego terenowym samochodem podjeżdżamy wieczorem w głąb lasu, do „ambony“, z której przez lornetkę będziemy mogli poobserwować rykowisko i może uda nam się strzelić jakąś ciekawą fotkę. Niestety zwierzyna nas ignoruje. Dopiero w drodze powrotnej widzimy w świetle reflektorów kilka sarenek, przecinających leśną drogę. Przystają i przez chwilę patrzą w naszą stronę, po czym spokojnie oddalają się w głąb lasu.

Końcówka naszego pobytu na Mazurach wydaje się być z gumy, za arcyciekawym spotkaniem z Krzysztofem Mutschmannem, pastorem Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Sorkwitach goni wyjazd do Olsztyna, a tu zwiedzanie miasteczka akademickiego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Kortowie (po raz pierwszy w życiu pożałowałem swoich studiów w krakowskiej Alma Mater), w tym wystawy dalii na Wydziale Ogrodnictwa, gdzie Zosia prowadzi zajęcia z Hortiterapii. Później jemy jabłka i szarlotkę na złość Putinowi, którymi częstują nas władze Sejmiku Wojewódzkiego w Olsztynie i staramy się znaleźć odpowiedź na kluczowe pytanie: czym jest mazurskość? Przyswojona pektyna (ergo Putin) pozwala nam pozostać przy życiu w żydowskim domu przedpogrzebowym, wybudowanym ponad sto lat temu, według projektu światowej sławy architekta Ericha Mendelsohna, rodem z Olsztyna.

Resztki złej energii z tego domu przepędzamy w mazurskim Edenie, Galindii nad brzegiem jeziora Bełdany. Jest to ciekawy park krajobrazowy, ze słowiańskimi twarzami wyrzeźbionymi w drewnie i mnóstwem różnych atrakcji turystycznych. Zawozi nas tam Sławek, na dzień przed odjazdem i wtedy wreszcie udaje się wyciągnąć od niego, z jakiego powodu osiedlił się na Mazurach. Zwyczajnie zakochał się w pewnej dziewczynie, a później w tych lasach, jeziorach i został. To tłumaczenie brzmi romantycznie i bardzo młodzieżowo, Sławek jest również 50+, chłopaki w tym wieku już nie poważnieją.

Zbigniew Milewicz

środa, 26 listopada 2014

Pathways to the Future

Dear colleagues,
 we are pleased to invite you to a conference on education for sustainable development "Pathways to the Future". The conference will take place on 22-24 April 2015 in Tallinn, Estonia. The keynote speakers of the conference are John Fien, Arjen Wals, Natalia Eernstman, Leon Robinson, Kaja Peterson, Rea Raus, Gerben de Vries, André de Hamer, Daniella Tilbury, and David W. Orr.

The conference will host four thematic sessions:

  • The perspective from the box – Creativity in and for ESD 
  • What’s love got to do with it? – Values in education and ethics of ESD 
  • A book, a pen, and a teacher. – Sustainable schools 
  • Follow the road or leave a trail? – Sustainable communities 
There is an open call for both oral and poster presentations to each session. The registration to the conference opens soon. The working language of the conference is English. There is no participation fee. Please feel free to spread the message. We apologize for possible cross-postings! On behalf of the organizing committee
Marek Sammul 
University of Tartu European College


wtorek, 18 listopada 2014

Nasza stara mazurska chata

Nie wiemy ile ma lat ten dom, znalezione na strychu strzępy gazety są z maja 1909. Niewiele śladów historii siedliska znaleźliśmy. Porządkowanie terenu wokół domostwa to proces ustawiczny, bo jeszcze po kilku latach wyłażą z ziemi złom, szkło i niezliczone ilości kamieni. Drugiego roku, zataczając coraz szersze kręgi odchwaszczania obejścia, pod ponad stuletnią lipą, wykopałam zardzewiałe resztki broni, wśród licznych cegieł i śmieci, natomiast następnego roku, przy przygotowaniach ziemi pod zasiew trawy, mąż znalazł małą blaszaną tabliczkę z nazwiskiem pierwszego właściciela - Mollenhauera i nazwą miejsowości (Talhausen, obecne Szczerzbowo). Cieszył się, jak dziecko.

(resztki broni, wykopane pod stara lipą)
Jest jeszcze druga tabliczka z nazwiskiem, miejscowością i najprawdopodobniej numerem statystycznym z mleczarni; ta widniała na kance na mleko, która poniewierała się w stodole od początku nabycia przez nas gospodarstwa. Kanka była mocno zżarta przez rdzę, dziurawa, nie nadawała się nawet na donicę do roślin ozdobnych. Mąż szykował kolejną partię do wywiezienia na złom, przypomniał sobie o owej kance, już miał ją wrzucić na pryzmę ... coś go powstrzymało, przetarł rękawicą ... a to co? Tabliczka. Wyciął ją z górą kanki, dostała drewnianą oprawę, wisi na ścianie niczym portret protoplasty rodu.

Tyle z historycznych drobnych pamiątek po budowniczym tego domu.

Ale został po nim dom, olbrzymia stodoła i małe zabudowanie gospodarcze, które było wyremontowane w pierwszej kolejności i zaadoptowane na całoroczny domek, który ja nazywam domkiem ogrodnika, mąż zaś pałacem zimowym trzykondygnacyjnym (sic!), bo ma piwnicę, parter i antresolę sypialnianą. Domek ma niespełna 30 m2 w parterze, co w zestawieniu z mianem pałacu brzmi dość groteskowo. Ten jednak posiada odrębną historię.

Przyjechaliśmy na Mazury obejrzeć siedlisko w śnieżny lutowy dzień 2011 roku. Z ciekawości, bo nigdy wcześniej przez myśl nam nie przeszło by wiązać się z jednym miejscem. Lubimy podróżować po świecie, mamy wygodny dom w Warszawie, pokoleniowy, "z duszą". Już przy wjeździe na siedlisko oczarowały nas stare, rosochate wierzby.

Dom straszył pozabijanymi w oknach dechami, potłuczonymi szybami, wewnątrz ażurowe podłogi z dziurami po gryzoniach, kuchennej podłogi brak, wyrwy pod podłączenie wody (tzw. miejskiej, ha !) i olbrzymie kamienie. Ściana w pomieszczeniu przy kuchni spękana na przestrzał, można było podziwiać przez szpary stary sad. Pokoje puste, ale w jednym stało krzesło, jakby zachęcało do przysiądnięcia. Spojrzeliśmy z mężem sobie w oczy i jednocześnie stwierdziliśmy: - To musi być nasze.

To już jest nasze. Nie był to najlepszy czas na inwestycje, a jednak klamka zapadła.
Stara chata jest jeszcze stale w remoncie. Niemniej w sezonie letnim jest dostępna dla naszych gości. Remont toczy się etapami. Cieszy nas, że nasze dzieci, wnuki, przyjaciele lubią tu przebywać. Magia miejsca działa na wszystkich. Stare przeplata się z nowym, historia z fantazją, czas raz się cofa, raz zatrzymuje, następnym razem zaś potrafi wybiec daleko w przód.

Klimat miejsca tworzą ludzie. I choć wiemy, że nigdzie nie przepadają za tzw. "warszawką", my zostaliśmy tu, na Mazurach, przyjęci bardzo serdecznie. Żyjemy wśród społeczeństwa dwóch wsi (na kolonii), ludzi, którzy niosą nam pomoc, gdy jej potrzebujemy, dobrą radę, jako "młodym" rolnikom, są zwyczajnie zainteresowani co u nas słychać. Wokół nas żyją bardzo zdolni ludzie, którzy nas inspirują i motywują do działania. Najbliższe sąsiedzi są bardzo kreatywni, to artystyczne dusze, które pomagają nam przywrócić dawną świetność siedliska. To oni remontują naszą chatę, projektują, nadają design poszczególnym przedmiotom, meblom, pomieszczeniom. Przy naszym czynnym uczestnictwie. Ze starych, wyrzucanych przez znajomych ze stolicy, niepotrzebnych mebli i sprzętów, powstają dostosowane do potrzeb i klimatu domu, przedmioty z duszą. Eksperymentujemy z farbami, woskami, toczymy na tokarce z demobilu świeczniki, dekory do mebli, niektóre sąsiadka autentycznie rzeźbi, przerabiamy, dorabiamy ... pomysłom nie ma końca. Monotonia pokoju białego złamana została dodatkami żeliwa, z czego autentycznie żeliwny jest tylko stary, dziurawy garnek. Na żeliwo przemalowałam nowe kinkiety, "dziadkowy" mosiężny świecznik, mosiężną lampę nad stół, drewniany karnisz, ceramiczny, niezbyt urokliwy wazon, nawet puszki po wnuczka mleku dla niemowląt. Ciekawostką jest podłoga, na której położyliśmy płyty OSB. Z "zadziornej" płyty wyszła posadzka wręcz pałacowa, gładka, jedwabna w dotyku. Kosztowała wiele pracy, wielokrotnie szpachlowana, szlifowana, polerowana, ale efekt jest zaskakujący.
(Powoli, z mozołem powstaje kuchnia z jadalnią, ale cieszy nas każdy krok do przodu.)



(Łazienka ze starą, żeliwną wanną i baterią ze złomu, ze ścianami z oryginalnej,  suszonej cegły, 
to wdzięczne połączenie starego z nowoczesnością. )

Urzekła nas elewacja domu. Generalnie ze starej cegły. Stare zmurszałe tynki zostały zbite, pozostawiliśmy ich fragmenty, w miarę mocno trzymające się ceglanych ścian, w postaci łat większych i mniejszych. Jako świadectwo historii domu. Mają niebywałą fakturę, dodatkowe jej efekty to zasługa wieloletniego działania czynników atmosferycznych.

Wiele pracy jeszcze przed nami, ale i wiele radości z tworzenia tego zaczarowanego miejsca. Stara chata pięknieje, ale bez zbędnych ozdobników, zwyczajna, przyjazna chata, wygodna, miejsce klimatycznych spotkań przy domowym cieście, miętowo-melisowej herbacie, nalewce z okolicznych darów natury -bzik kwiatowy, bzik owocowy (z kwiatów i owoców czarnego bzu), nalewka lipna, miętowa, melisowa, z owoców głogu, mirabelek, z owoców dzikiej róży ... ha, ha, eksperymentuję i grozi mi ponoć specjalizacja ... albo nałóg.

Jolanta Darska



poniedziałek, 17 listopada 2014

Dziewczyny znad Sapiny zapraszają na wieczór wileński


Wybory za nami. Dla jednych zwycięstwo i gratulacje, dla drugich porażka. W tym wszystkim najistotniejsze, by wygrać uczciwie. To jakim jesteś człowiekiem i jak postępujesz procentuje w przyszłości. Dobro wraca do nas, zło też. A my zapraszamy Was na kolejne spotkanie do Stręgielka w gościnne progi Zeni i Marka Drożdż na WIECZÓR WILEŃSKI. Tym razem przyjedzie do nas Pani Kasia Enerlich i jej wspaniałe książki z prowincji. Będą też inne niespodzianki i grono wspaniałych zaproszonych osób
STOWARZYSZENIE KOBIET MAZURSKICH "DZIEWCZYNY ZNAD SAPINY"