piątek, 19 października 2018

Tydzień otwartej nauki


wtorek, 2 października 2018

O potencjalności jajka, narciarskim skoczku i śnie brunatnego niedźwiedzia


Jajko, podobnie, jak dobrze zapakowany prezent, kryje w sobie tajemnicę, oddzielając w sposób zdecydowany to co wewnętrzne (byt) od okrążającego (otulającego) go niebytu. Byt zawdzięcza swoje istnienie niebytowi i potencjalności, chyba że w pojęciu niebyt umieścimy zarówno nicość jak i potencjalność. To co nieznane i niewidoczne gołym okiem jest otoczone konkretem, oddzielając w swej strukturze granice między tym co widoczne na zewnątrz, a tym co skryte. To co skryte nie odnosi się wyłącznie do sfery wizualnej, ale i do słuchowej; jak na przykładzieniech nikt nie słyszy wypowiadanych przeze mnie myśli! Jeśli, na przykład, zatrzymamy się przy początkującym pisarzu, to zauważymy, że wyraźnie oddzieli granice między przepływem myśli ze sfery prywatnej do publicznej. Upublicznienie myśli poprzez jej przedwczesną globalizację jest procesem wręcz brutalnym dla początkującego pisarza. Dziś coraz częściej zanikają granice między tym co prywatne, a tym co publiczne. W mediach społecznościowych widzimy opublikowane fotografie ludzi podczas ekstazy modlitewno-medytacyjnej lub zanotowaną i rozpowszechnioną mimikę gniewu manifestujących. Dzisiejsza nauka pozwala zajrzeć do środka embrionu i określić jego prawidłowy lub patologiczny rozwój. Zaczynamy również powątpiewać, czy nasze myśli nie są widoczne w stadium ich nieśmiałego lub zdecydowanego kiełkowania. Momenty inspiracji artystycznej są już odnotowywane kamerami, które w zwolnionym tempie przekażą szerokiej publiczności moment muśnięcia pędzlem powierzchni palety z rozmieszanymi farbami, aby następnie zanotować gest dotknięcia, tymże samym pędzlem, powierzchni dziewiczego płótna. Potencjał zamieszkuje tu moment, który może trwać nawet ułamek sekundy: moment uniesienia ręki w geście tworzenia: zanim pędzel dotknął płótna; zanim spersonifikowany Bóg Ojciec, z fresku Michała Anioła z watykańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, dotknie Swym palcem ziemskiego Adama. Abstrahując od tej często cytowanej alegorii malarskiej sprowadzę inny przykład zaczerpnięty z aktualności sportowych: niech to będzie przykład z kadru zdjęcia zwycięskiego skoczka, które obiega lokalną i zagraniczną prasę. Choć w skokach narciarskich liczy się jaką odległość pokonał skoczek, to uwagę fotografów przyciąga moment, gdy zawodnik znajduje się w stanie bliskim nieważkości, zawieszony w błękitnej przestrzeni niebytu. Jest to stan akumulacji jego energii witalnej i inteligencji, zarówno motorycznej jak i medytacyjnej, nad pokonaniem odpowiedniej odległości (przestrzeni). Choć w tym ułamku sekundy nikt nie jest jeszcze w stanie przewidzieć jaką odległość pokona zawodnik, to w tym geście zawieszenia kryje się tajemnica jego osiągnięcia: utrzymania równowagi, stanu symetrii ruchowej, przy jednoczesnym nieświadomym pięknie gestu odwagi i determinacji, dokonania skoku w takim, a nie innym momencie. Ten moment jest w perfekcyjny sposób skorelowany z pracą operatora i montera (w jednej lub wielu osobach), który zatrzymuje i upowszechnia właśnie tę klatkę z filmu. W tradycji malarstwa katolickiego, scenę z aktualnego życia sportowego, do złudzenia przypomina (tak często uwiecznianą w malarstwie) scenę Przemienienia Pańskiego. W języku francuskim przemienienie jest zastąpione transfiguracją (la transfiguration). Przedrostek trans- odnosi się do tego co tkwi pomiędzy jednym a drugim stanem: realnym i nierealnym, bytem i niebytem. Warto zapytać przy tym, czy niebyt zamieszkuje strefę chmur i zamglenia i nie odgranicza, poprzez nośnik jakim są nasze oczy, tego co widoczne od niewidoczności? Czy to mogło by znaczyć, że to czego nie słyszymy nie istnieje? Czy może nasze myśli słyszy ktoś? A co będzie ze sferą niezwerbalizowanych snów, które również wymykają się wszelakiej wizualnej definicji? Sądzę, że potencjał drzemie także na dnie oceanu, gdzie nawet profesjonalny nurek nie dotrze. Śpi w spokojnym wulkanie, można by nawet zgadywać, czy nie daje poznać gniewu, wobec regularnie zaśmiecanej i nieszanowanej Matki Ziemi. Tkwi w spokojnym, choć czasami interpretowanym jako niepokojącym milczeniu. Pozwala o sobie zapomnieć, będąc jednocześnie jak sloterdijkowska bańka [1], unosząca się do góry i zatrzymująca w chwili uniesienia, całą uwagę małego obserwatora na jej efemerycznej wędrówce, do czasu jej rozpryśnięcia. 

A spełnienie? Czy nie jest ono przeciwstawne temu co potencjalne? Będzie takim, jeśli patrzymy na jego stan (brutalnie rzecz ujmując) po konsumpcji, nie kryjący już tajemnicy, nie utrzymujący zarówno autora jak i jego obserwatora, w twórczym nierozwiniętym jeszcze napięciu, przed spełnieniem. W przypadku bańki i skoczka narciarskiego: czas trwania opisanego stanu rozgrywa się w krótkim czasie, który daje się częściowo uwiecznić za pomocą technik graficznych, malarskich i fotograficznych, w zależności od najmodniejszych  i najpraktyczniejszych technik uwieczniania efemeryczności w danej epoce. To co potencjalne, nie odnosi się jednak do mikrokosmosu, sfery drobnego i kruchego jajka, nad którym człowiek ma kontrolę. Potencjał tkwi w relacjach międzyplanetarnych, międzygwiezdnych i w chłodnym uśmiechu kosmosu, niespiesznym, jakby obojętnym i ignorującym istnienie człowieka. Czy ocierając się o masę (ciężar) planet, można usłyszeć muzykę potencjalności, która niekoniecznie podlega receptorom jakim są nasze ludzkie uszy? Potencjał tkwi w zimowym śnie brunatnego niedźwiedzia, którego pod żadnym pozorem nie należy wybudzać ze stanu szczęśliwej hibernacji. 

Jeśli mówilibyśmy o wyemancypowanym potencjale, to istniałby  pomimo wszelkich nakazów (i zakazów) oraz prób jego rejestracji za pomocą nośników jakimi jest sztuczna głupota, mylona dziś często z pojęciem sztucznej inteligencji. 

Ewa Surażyńska



[1] Peter Sloterdijk, BullesSphères I. Traduit de l’allemand par Olivier Mannoni. Fayard, 2002, w: Introduction. La alliés ou : La commune soufflée, str. 18 – 31.


piątek, 28 września 2018

Smaki jesieni, czyli XVI Targi Chłopskie w Olsztynku


czwartek, 27 września 2018

Trzy dni z pieszej wędrówki po hiszpańskiej Galicji


Trzy dni z pieszej wędrówki po hiszpańskiej Galicji: z Palas de Rei do Arzúy (22.07.2018) – z Arzúy przez Arca do Pino (Pedrouzo) do Monte do Gozo (23.07.2018) – z Monte do Gozo do Santiago de Compostela (24 i 25.07.2018).

Fot. Ewa Surażyńska












wtorek, 25 września 2018

Refleksje geopoetyckie

Z Arzúy przez Arca do Pino (Pedrouzo) do Monte do Gozo - 23.07.2018.
Fot. Ewa Surażyńska
Jak postrzegam potencjalność w dniu 27 lutego 2018 roku o późnym poranku w Olsztynie, w którym rześkie, mroźne powietrze powróciło znowu do łask? Wyrywa mnie (1) z objęć nijakości jak ostra papryka, której smak rejestruję jako pikantny, choć odczuwam raczej wyraźny raniący ból w języku.

Ta forma pseudodziennika została podpatrzona przeze mnie po przekartkowaniu książek Mariusza Wilka. Autor ten w „Wołoce” (2) dostrzega zbieżność poranka ze stanem niezmąconego, czystego umysłu. Twierdzi on, że tylko poranek jest odpowiednim momentem na wydobycie i przelanie potencjału naszej myśli na papier, bo to jedyna chwila, gdy dzień można nazwać „czystym jak oczy przemyte dobrym snem” (3). Tej specyficznej atmosferze poranka towarzyszą potrzaskujące cicho w piecu drwa (4).

Czytelnik tego fragmentu, mieszkający w bloku lub w jakimkolwiek innym budynku przy ruchliwej ulicy, poczuje lekki dyskomfort czytając te pierwsze wersety „Wołoki” Mariusza Wilka, mając poczucie bycia wykluczonym poprzez szum przejeżdżającego obok autobusu, od tego, co autor uważa za esencjonalne. To uczucie wzmocni się, gdy uświadomimy sobie, że nasz (5) odbiór rzeczywistości jest dodatkowo zmącony plastikową architekturą, która ogranicza nasz kontakt z takimi materiałami jak drewno, kamień, czy cegła. Samo nasze obuwie izoluje nas od Matki Ziemi, amortyzując w coraz to bardziej wyrafinowany sposób kontakt z tym, co potencjalne.

Nauki medyczne zwykły straszyć nas licznymi alergiami skóry: samo chodzenie boso po lesie grozi również innymi zagrożeniami, na przykład boreliozą (na skutek obecności kleszczy na terenach zalesionych) oraz ukąszeniem węża, który i tak jest w naszych lasach coraz mniej obecny. Dziś przysłowiowy czerwony kapturek na próżno rozgląda się za wilkiem i prędzej znajdzie porzuconą plastikową puszkę w lesie, czy stary monitor od niemodnego już komputera, niż tego nieudomowionego psa z dziecięcych bajek.

Ewa Surażyńska 
(studentka DKiPII, UWM)

1. Celowo używana pierwsza osoba liczby pojedynczej, w celu wyodrębnienia pojedynczego doświadczenia od przeżycia zbiorowości. Inspiracja narracją Henri David’a Thoreau w „Walden”.
2. Mariusz Wilk, „Wołoka”, w zapiskach sołowieckich 1998-1999; Wydawnictwo Literackie, 2006; ul. Długa 1, 31-147 Kraków; str. 9.
3. Tamże
4. Tamże
5. Świadome przejście z pierwszej osoby liczby pojedynczej na pierwszą osobę liczby mnogiej (tzw. odczuwanie zbiorowe).