Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studenci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 września 2018

Refleksje geopoetyckie

Z Arzúy przez Arca do Pino (Pedrouzo) do Monte do Gozo - 23.07.2018.
Fot. Ewa Surażyńska
Jak postrzegam potencjalność w dniu 27 lutego 2018 roku o późnym poranku w Olsztynie, w którym rześkie, mroźne powietrze powróciło znowu do łask? Wyrywa mnie (1) z objęć nijakości jak ostra papryka, której smak rejestruję jako pikantny, choć odczuwam raczej wyraźny raniący ból w języku.

Ta forma pseudodziennika została podpatrzona przeze mnie po przekartkowaniu książek Mariusza Wilka. Autor ten w „Wołoce” (2) dostrzega zbieżność poranka ze stanem niezmąconego, czystego umysłu. Twierdzi on, że tylko poranek jest odpowiednim momentem na wydobycie i przelanie potencjału naszej myśli na papier, bo to jedyna chwila, gdy dzień można nazwać „czystym jak oczy przemyte dobrym snem” (3). Tej specyficznej atmosferze poranka towarzyszą potrzaskujące cicho w piecu drwa (4).

Czytelnik tego fragmentu, mieszkający w bloku lub w jakimkolwiek innym budynku przy ruchliwej ulicy, poczuje lekki dyskomfort czytając te pierwsze wersety „Wołoki” Mariusza Wilka, mając poczucie bycia wykluczonym poprzez szum przejeżdżającego obok autobusu, od tego, co autor uważa za esencjonalne. To uczucie wzmocni się, gdy uświadomimy sobie, że nasz (5) odbiór rzeczywistości jest dodatkowo zmącony plastikową architekturą, która ogranicza nasz kontakt z takimi materiałami jak drewno, kamień, czy cegła. Samo nasze obuwie izoluje nas od Matki Ziemi, amortyzując w coraz to bardziej wyrafinowany sposób kontakt z tym, co potencjalne.

Nauki medyczne zwykły straszyć nas licznymi alergiami skóry: samo chodzenie boso po lesie grozi również innymi zagrożeniami, na przykład boreliozą (na skutek obecności kleszczy na terenach zalesionych) oraz ukąszeniem węża, który i tak jest w naszych lasach coraz mniej obecny. Dziś przysłowiowy czerwony kapturek na próżno rozgląda się za wilkiem i prędzej znajdzie porzuconą plastikową puszkę w lesie, czy stary monitor od niemodnego już komputera, niż tego nieudomowionego psa z dziecięcych bajek.

Ewa Surażyńska 
(studentka DKiPII, UWM)

1. Celowo używana pierwsza osoba liczby pojedynczej, w celu wyodrębnienia pojedynczego doświadczenia od przeżycia zbiorowości. Inspiracja narracją Henri David’a Thoreau w „Walden”.
2. Mariusz Wilk, „Wołoka”, w zapiskach sołowieckich 1998-1999; Wydawnictwo Literackie, 2006; ul. Długa 1, 31-147 Kraków; str. 9.
3. Tamże.
4. Tamże.
5. Świadome przejście z pierwszej osoby liczby pojedynczej na pierwszą osobę liczby mnogiej (tzw. odczuwanie zbiorowe).

poniedziałek, 21 maja 2018

Jak zieleń w miastach wpływa na zdrowie człowieka

(Fot. S. Czachorowski)
Zieleń jest nośnikiem wielu informacji, inspiracją dla artystów. Żyjąc w ciągłym biegu nikt nie zastanawia się nawet czym jest roślinność. Jakie pełni funkcje w naszym życiu. Niektórzy ludzie nawet nie potrafią stwierdzić co jest dla nich ważniejsze rośliny czy zwierzęta. Czasem jesteśmy bierni na krzywdę jaką wyrządza się roślinom. Wolimy nie odzywać się lub nie uczestniczyć w akcjach ratujących roślinność, która jest niszczona. Często spotykamy się z tym, że ludzie w wyniku braku wiedzy na temat ochrony roślinności, krytykują postępowanie ekologów. Nie wiedzą na czym polega ochrona środowiska. Dlaczego warto chronić niektóre gatunki roślin? Nie mają pojęcia jak dużo roślin wyginęło i jak wiele może wyginąć. Przyczyniamy się do tego sami jeżdżąc pojazdami, które zostawiają w powietrzu szkodliwe opary. Niszcząc przy tym roślinność znajdującą się nieopodal uczęszczanej drogi. A nawet roślinność, która znajduje się kilkanaście kilometrów stąd. Uważa się, że opary unoszące się w powietrzu mogą powrócić na ziemie w postaci kwaśnych opadów. Coraz częściej słyszymy, że rośliny bardzo dobrze wpływają na nasze zdrowie. Dostarcza nam ona pożywienia, tlenu, chroni przed wieloma chorobami, zawierają szereg związków niezbędnych do funkcjonowania naszego organizmu. W strukturach miasta osłania przed nadmiernym przegrzaniem, zmniejsza hałas, radioaktywność, ogranicza rozprzestrzenianie się pyłów. Roślinność w miastach w formie zielonych przestrzeni dostarcza mieszkańcom warunki do wypoczynku, rekreacji i regeneracji sił. Zieleń oddziałuje na naszą psychikę, poprawia samopoczucie. Dzięki swoim właściwościom fizycznym i chemicznym.

Roślinność w ekosystemie miejskim, podobnie jak w całej biosferze spełnia wiele istotnych funkcji. Jedną z podstawowych jest synteza materii organicznej powstającej z prostych połączeń związków mineralnych, dwutlenku węgla i wody przy udziale energii słonecznej. W procesie tym rośliny magazynują energię słoneczną w swojej biomasie, która jest podstawą do istnienia organizmów cudzożywnych. Tymi organizmami cudzożywnymi są ludzie, zwierzęta, grzyby i mikroorganizmy saprofityczne. Roślinność wpływa na kształtowanie się warunków klimatycznych i siedliskowych. Oddziałuje ona również na formowanie się pola elektromagnetycznego, nasycając otoczenie jonami dodatnimi lub ujemnymi. Funkcja roślinności jest więc wieloraka.[1]

Roślinność wodna i lądowa w procesie fotosyntezy wykorzystuje CO2 i wydziela w tym procesie tlen. Wiele drzew, które rosną w parkach są naturalnymi czyścicielami powietrza. Przeprowadzone badania dowodzą, że 100 letni buk zwyczajny o powierzchni liści wynoszących około 170000 m2, pobiera w ciągu 1 godziny 2552 g dwutlenku węgla zawartego w 48000 m3 powietrza i wydziela 1712g tlenu do atmosfery, wiąże w tym procesie 25400 J energii słonecznej. Zaspokaja tym samym zaopatrzenie w tlen 10 mieszkańcom miasta. Wiązanie dwutlenku węgla i produkcja tlenu zależy od rodzaju roślinności, gatunku drzewa i jego wieku. Podobnie jak 100 letni buk działają na środowisko i uzupełniają w tlen obszary zieleni w mieście z udziałem drzew, krzewów i trawników. Zieleń, która jest nam potrzebna do lepszego funkcjonowania jest w zasięgu naszej ręki. Szacuje się, że 300-400 m2 zieleni miejskiej jest w stanie poprawić poziom tlenu w mieście. Według danych przeprowadzonych przez Wiesława Starzeckiego z Krakowa, z 1 m2 liści na drzewach w okresie rocznej wegetacji, można obliczyć ilość produkcji tlenu. Aby bardziej przybliżyć te dane, poniżej zostaną przedstawione gatunki drzew:

- topola osika: 1,0 kg
- grab zwyczajny: 0,90 kg
- jesion wyniosły: 0,89 kg
- dąb szypułkowy: 0,85 kg
- sosna zwyczajna: 0,81 kg
- klon zwyczajny: 0,62 kg
- leszczyna pospolita: 0,59 kg
- buk zwyczajny: 0,55 kg
- lipa drobnolistna: 0,47 kg . [2]

Okazuje się zatem, że im więcej drzew i zieleni w mieście, tym więcej tlenu produkują. Stanowią główny trzon w zakresie obiegu materii i przepływu energii w całym ekosystemie miejskim.

Badania przeprowadzone w miastach, dotyczące wpływów terenów zielonych na czystość atmosfery wykazały, że roślinność miejska przyczynia się do zmniejszenia zanieczyszczeń pyłowych i gazowych powietrza. Uważa się, że pas zieleni do 2 m wysokości i szerokości jest wstanie spełnić funkcję filtra pyłowego. Zatem im więcej skupisk roślinności w mieście tym nasze powietrze będzie czystsze. Roślinność trawiasta również ogranicza stopień zanieczyszczenia powietrza w mieście. Na powierzchni traw i kwiatów osiada się pył. Pył ten podczas deszczu jest spłukiwany z roślin i osiada na powierzchni gleby, gdzie gleba zatrzymuje i chroni przed kolejnym zapyleniem powietrza. Roślinność nie tylko ochrania nasze powietrze przed nadmierną ilością pyłów i gazów ale także przed metalami ciężkimi. Drzewa i trawniki znajdujące się przy drogach uczęszczanych przez pojazdy akumulowały w sobie różne metale ciężkie. Okazało się, że rośliny takie jak mniszek lekarski, rdest ptasi i lipa drobnolistna najbardziej akumulują metale ciężkie. Możemy więc sobie wyobrazić jak drzewa są pomocne w kumulacji tych szkodliwych metali ciężkich, które my nadmiernie produkujemy i nie jesteśmy w stanie sobie z nimi poradzić.

Jednak te wiadomości docierają do małego grona społeczeństwa miejskiego. Coraz częściej jesteśmy światkami wycinania roślinności miejskiej, niszczenia jej na poczet osiedli wmawiając nam, że lepiej będzie się nam mieszkało. Tylko nikt nie bierze pod uwagę tego, że teraz będziemy mieszkać wśród zieleni a później wśród blokowisk i betonu. Na roślinność już nie starczy miejsca. Coraz częściej spotykamy się z tym, że roślinność zostaje zastąpiona placami zabaw dla dzieci lub siłowniami na powietrzu. Owszem jest to dobre rozwiązanie zamiast blokowisk ale czy nie lepiej by było pozostawić roślinność na swoim miejscu a miejsca do zabaw i rekreacji umieścić w miejscach już nie użytkowanych przez społeczeństwo. Takimi miejscami mogłyby być stare opuszczone domy które, grożą zawaleniu, a plac który by pozostał mógłby być miejscem przeznaczonym dla społeczeństwa. Czyż nie lepiej jest usiąść na ławce wśród przyrody parkowej, niżeli drogi uczęszczanej i hałaśliwej. Dlaczego ławeczki przy blokach są usuwane a w parkach i miejscach obfitych w zieleń też ich niema. Dlaczego społeczeństwo miejskie nie domaga się o nie? Przyczyną jest zbyt szybkie tempo naszego życia. Nie zwracamy uwagi na roślinność, przed naszymi oczami wycinane są przed blokiem drzewa i trawniki, z których mogłyby być bardzo piękne łąki. Przeszkadza nam nie skoszony trawnik bo przecież to nie estetyczne wygląda. Ale nikt nie usiądzie przed blokiem na skoszonym trawniku i nie przekona się że tak naprawdę niszczymy tę roślinność. Pozostawiając tylko suchy piasek i kilka pęczków trawy bez żadnych kwiatów i chwastów.

Roślinność miejska bardzo wpływa na regulację temperatury powietrza i wilgotność i co do tego nie mamy żadnych wątpliwości. Wpływ temperatury powietrza zależy od wielu czynników, pory roku, wielkości obszaru zieleni i jej struktur. Wystarczy w okresach ciepłych wyjść na zewnątrz i przekonać się, że idąc na spacer w parku jest bardziej chłodno niż przy drodze asfaltowej i budynkach. Inaczej czujemy się przechadzając się w parku wśród zieleni a inaczej na chodnikach wśród gęstej zabudowy i bez żadnej osłony. Duże drzewa są ostoją i miejscem schronienia się przed słońcem. W otwartej przestrzeni miejskiej czekając na pojazd komunikacji miejskiej nie jesteśmy w stanie nigdzie się schronić. Szczególnie w okresach bardzo dużych opałów, zadajmy sobie pytanie dlaczego ludzie wolą siedzieć w domach lub spędzać czas w parkach. Ponieważ tam jest duża wilgotność, inne rześkie powietrze, chłodniejsza temperatura, mniejszy hałas i przyjazna atmosfera. Roślinność zatem staje się bardzo ważnym elementem wpływającym na klimat miejski.

Udowodnione zostało również to, że roślinność miejska o zwartej budowie drzewiastej bardzo pomocna jest w ograniczeniu dźwięków. Na ograniczenie dźwięku ma bardzo duży wpływ obecność przeszkód terenowych między źródłem i odbiorcą dźwięku. Mechanizmami, które wpływają na tłumienie fal akustycznych są głównie: ugięcie fal akustycznych przez pnie drzew, absorpcja przez gałęzie i liście. Proces tłumienia dźwięku wzrasta wraz z powierzchnią liści, gęstością zadrzewienia i wielkością drzewostanu. Stwierdzono także, że natężenie dźwięku w okresie zimowym jest większe ponieważ brak jest ulistnienia na drzewach. Natomiast latem i wiosną hałas uliczny i dźwięki są tłumione przez roślinność. Dlatego siedząc w parkach niedaleko dróg zastanawiamy się, dlaczego hałas miejski jest prawie nie dosłyszalny. Uznano także, że w parkach należy również sadzić drzewa iglaste, ponieważ nie gubią igieł na zimę i także zmniejszają częstotliwość hałasu miejskiego. Bardzo pożyteczne stały się również żywopłoty, które swoje zastosowanie znalazły nie tylko jako krzewy graniczne i ozdobne ale również jako bariery dźwiękowe.

Funkcja roślinności w miastach jest bardzo ważna dla naszego zdrowia i samopoczucia. Roślinność oddziałuje na stan środowiska przyrodniczego poprzez regulację czystości powietrza, wilgotność, warunki termiczne. Wzbogaca powietrze w jony, które bardzo dobrze wpływają na samopoczucie i zmniejszenie uciążliwych dolegliwości. Jest animatorem zmieniających się barw i struktur otoczenia miejskiego w ciągu dnia i pór roku. Inaczej zieleń prezentuje się w porze wschodzącego słońca inaczej w południe a najpiękniej w porze zachodu kiedy wszystko mieni się złotą i czerwoną barwą. Natomiast w ciągu roku wiosną wszystko staje się zielone i ukwiecone, latem obfituje w owoce i barwy, jesienią złotem a zimą czernią i bielą. Roślinność miejska jak widzimy pełni bardzo ważną funkcję w naszym życiu. Musimy pamiętać, że jest domem dla nas i dla innych istot żywych. Należy dbać o to co stworzyła natura, a nie niszczyć i czerpać nadmierne korzyści. Nie zapomnijmy także o tym, że roślinność jest ostoją bioróżnorodności. Działa uspokajająco na nasz system nerwowy. Wzbogaca otoczenie miasta, poczucie piękna. Wiele roślin także posiada właściwości lecznicze. Należy dbać o naturalne zioła lecznicze a nie niszczyć środowiska ich bytowania. Trudno wymienić wszystkie zalety roślinności miejskiej, ponieważ jest ich mnóstwo. Nie niszczmy przyrody która przynosi nam same korzyści.

Patrycja Chyb
Kierunek: Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze

Przypisy:
[1] H. Zimny, Ekologia miasta, Warszawa 2005.
[2] Tenże.





piątek, 4 maja 2018

Ekologia miasta ...z odrobiną sztuki

Nie ma ucieczki od naszych wzajemnych zależności z przyrodą, jesteśmy wpleceni w bliskie stosunki z Ziemią, morzem, powietrzem, porami roku, zwierzętami, roślinami. Miasta i ich rozwój również są częścią przyrody, która ma ogromny wpływ na istnienie życia w mieście. Miasta rozrastają się gwałtownie kosztem innych ekosystemów (leśnych, łąkowych, agrocenoz). Powinniśmy mieć świadomość, że otaczające nas środowisko naturalne wpływa na człowieka, jak również wpływa na człowieka środowisko stworzone przez niego samego.

Pierwszym w Polsce podręcznikiem opisującym dotychczasowy dorobek naukowy w dziedzinie ekologii miasta jest książka „Ekologia miasta” Henryka Zimnego, który pisze: „Ekologia miasta jest to dziedzina ekologii stosowanej, zajmująca się zagadnieniami strukturalnymi i procesami zachodzącymi między żywymi komponentami tego układu, a martwym układem abiotycznym. Nauka ta obejmuje układ strukturalno–funkcjonalny miasta, oparty na modelu ekosystemu, który funkcjonuje na zasadzie przepływu energii i obiegu materii.” Ekologia miasta to również jeden z ważniejszych problemów nie tylko naukowych ale i społeczno–gospodarczych, gdyż blisko połowa ludności świata żyje w obszarach zurbanizowanych. A w Europie nawet 75 %.

Miasto ma pewien określony styl życia. Może być przyjazne dla ludzi lub samochodów, lecz nigdy dla jednych i drugich. Powstają betonowe parkingi dla samochodów kosztem trawników i przestrzeni zielonych dla mieszkańców.

Dzięki rozwojowi produkcji rolnej powstawały osiedla, które przekształciły się w miasta. Rozwój rolnictwa jest pierwszym z głównych, kulturowych przełomów, który przekształcił biosferę, pozwalając w ten sposób na ogromne pomnożenie się gatunku ludzkiego. Rolnictwo umożliwiło rozwój cywilizacji i dało ludziom możliwość wygospodarowania wolnego czasu. Uwolniło ludzi od ciągłego poszukiwania pożywienia czy schronienia.

Aktualnie w sklepach znajdziemy produkty rolnicze i przetworzoną żywność z całego świata. Wytwory rzemieślników i artystów są również sprzedawane na całym świecie. Produkcja przemysłowa stanowi podstawę handlu światowego. Wielu mieszkańców miast zupełnie nie zdaje sobie sprawy z pochodzenia produktów żywnościowych, które zjadają. Rolnicy natomiast są zależni od produktów wytwarzanych w miastach. Najbardziej oczywistą cechą miast jest to, że stanowią one dla swoich mieszkańców kompletnie nowe i zupełnie różne środowisko. Miasta stanowią w równym stopniu inny ekosystem. Spowodowały one nowy rodzaj kulturowego przystosowania człowieka połączony z rozwojem nowej technologii. Największą innowacją społeczną jest silnie rozwinięta organizacja hierarchiczna społeczeństwa, a największą innowacją technologiczną jest wynalazek koła. Dziś samo istnienie życia w mieście zależy od efektywnego i bardzo złożonego systemu transportu.

Rolnictwo stanowiło korzyść dla ludzkości, jednak z drugiej strony przez dążenia do wydobycia coraz to większej ilości zasobów środowiska naturalnego, stworzono produkty chemiczne, które okazują się niezwykle niszczące dla naszej planety. Również sami ludzie wytwarzają toksyczne odpady albo bezpośrednio albo przez ciągle rozwijający się przemysł. I tu dochodzi głos i reakcja polityków, którzy w końcu zaczynają przyznawać fundusze konieczne np. dla instalacji stacji uzdatniania wody, a co najważniejsze przekształcić produkty odpadowe ponad 5 miliardów ludzi. Czy jest to możliwe? Nie wiem. Oczywiście ta kwestia nie zależy tylko i wyłącznie od polityków i władzy ale od nas samych, uważnych, świadomych mieszkańców planety, ważne jest byśmy mieli świadomość by nie zostawić po sobie śladu w postaci plastiku.


W tym miejscu dochodzimy do modnego stylu życia zwanego Zero Waste. Styl ten zakłada maksymalne zmniejszenie produkcji odpadów. Zakłada ograniczenie śmiecenia na wielu etapach – od zakupów, poprzez użytkowanie, czyli właściwe przechowywanie jedzenia, by zdążyć z konsumpcją zanim się zepsuje, pielęgnacją ubrań i konserwacją sprzętu, by służyły jak najdłużej, aż po zagospodarowanie resztek, czyli kompostowanie odpadków kuchennych, przerabianie przedmiotów i dawanie im drugiego życia. Przykładem stylu zero waste jest bookcrossing a dokładnie akcja pn. Warmiobook. Akcja pozwala uwolnić książki i tworzyć nowe półki bookcrossingowe w dość nietypowych miejscach. Tam, gdzie ich jeszcze nie było, np. w piekarniach i restauracjach. W miejscach na głębokiej prowincji i w miejscach, gdzie ludzie się spotykają. Celem akcji jest między innymi ochrona środowiska - mniejsze zużycie surowców, w tym przypadku papieru, a także zmiana świadomości, stylu życia i codziennych nawyków. Zamiast kultury jednorazowości i szybkiej konsumpcji – trwałe i wielokrotnie wykorzystywane rzeczy (i idei).

Akcja pt. „Celinki dla chłopczyka i dziewczynki”. 
Zdjęcie Anna Wojszel
Innym przykładem stylu zero waste są spotkania kobiet zaangażowanych w charytatywną akcję "Szyjemy Celinki dla chłopca i dziewczynki". Barwne poduszki, które powstają na spotkaniach, trafiają do niepełnosprawnych, chorych dzieci i dorosłych. Celina Jankowska z Elbląga, od której imienia wzięły nazwę poduszki, jest pomysłodawczynią akcji "szyjemy celinki dla chłopca i dziewczynki". Od 2004 roku szyją je głównie wolontariuszki z Elbląga i Gdańska, ale warsztaty organizowane były także w innych miastach Polski. Działalność ta jest charytatywna, nie sprzedają swoich prac. Poduszki celinki szyją metodą patchworku, która pozwala na wykorzystanie niepotrzebnych ścinek materiałów. Wszystkie materiały, haftowane aplikacje krzyżykowe są wykonywane charytatywnie. Spotykają się na szycie kilka razy w roku, by wspólnie spędzić czas i dać dobry przykład zagospodarowania wolnego czasu a przy okazji pomóc innym.

Miasto jest również przestrzenią do tworzenia i rozwoju sztuki ściśle związaną z elementami ekologii jak również stylu zero waste. Dziś sztuka ulicy jest bardziej widoczna, mniej ponura i przemawia do szerszej publiczności, stanowiąc znaczące forum do komentarzy społecznych oraz wolnej ekspresji. Obecnie inspiracja przyrodą w sztuce ulicy to nie tylko estetyzacja miejsca ale także element, który ma na celu zwrócenie uwagi na poważne problemy związane z nadmierną produkcją odpadów, zanieczyszczenie środowiska i jego wpływ na naszą planetę. To moment by niczego niespodziewającego się widza zaskoczyć i zmotywować do myślenia. Przykładem recyklingu w sztuce ulicy są dzieła tworzone przez portugalskiego artystę ulicznego Artura Bordalo, znanego również jako Bordalo II. Tworzy rzeźby z odpadków i śmieci. Jednym z jego wielkich dzieł jest rzeźba sowy na ścianie pt. „Oczy sowy”, która została wykonana z opon ciągnika, blachy falistej i innych kawałków miejskich odpadków i śmieci. W przestrzeni w jakiej tworzy jest wiele opuszczonych budynków i ruin. Stworzył właśnie rzeźbę sowy, która jest symbolem edukacji i kultury, a tych elementów brakuje w tym obszarze na którym tworzy. Wykorzystuje śmieci z ulic jako owoce nadmiernego konsumpcjonizmu i kapitalizmu. Używa prawie wyłącznie tworzyw sztucznych, ponieważ jak uważa „jest to jeden z nowotworów planety”.

Przykład recyklingu w sztuce ulicy. Zdjęcia pobrane ze strony 
data 12.02.2018 r.
Porzucone, niepotrzebne przedmioty zostały odrestaurowane i na nowo powróciły w przestrzeń publiczną, a jego prace mają na celu zwrócenie uwagi na problemy związane z nadmierną produkcją odpadów, zanieczyszczenie i jego wpływ na naszą planetę. Jego prace można śmiało nazwać instalacjami recyklingowymi, nawiązującymi do ekologii. Przedstawiając przestrzeń publiczną, artystę, dzieło i odbiorcę sztuki, nie ulega wątpliwości, że sztuka w przestrzeni miejskiej jest wspólna. Sztuka ta, zawiera w sobie elementy zaskoczenia, ona sama „wychodzi” do odbiorców, i chce być odnaleziona. Malunki naścienne połączone z tekstami, które po przeczytaniu zmuszają odbiorcę do chwili refleksji, zastanowienia, są bezpośrednim działaniem, które ma na celu dokonanie zmiany w świadomości społeczeństwa. Na ulicy można spotkać sztukę tworzoną w obecności odbiorcy, w którą mogą ingerować. Artysta po stworzeniu graffiti czy muralu, zostawia go w całości dla odbiorców. Dzieło może zostać zamalowane lub może ulec zniszczeniu przez warunki atmosferyczne, może również zostać uzupełnione przez innych artystów, dzięki czemu nieustannie zmienia swój kształt i znaczenie. Dla osób przebywających bądź mieszkających w mieście, sztuka ta może być codziennym elementem dnia. Nie jest ona zamknięta w galerii. Można ją spotkać na ulicy i tworzyć ją razem z innymi, zmieniając się z odbiorcy w artystę, z artysty na odbiorcę.

Projekt „Wiocha w mieście”. Zdjęcie Anna Wojszel
Innym przykładem jest projekt pt. „Wiocha w mieście”. Praca przedstawiała łąkę i przyrodę warmińską na przystanku autobusowym w mieście - to przyroda była i jest inspiracją działań artystycznych. Celem projektu było pokazanie społeczności miejskiej uroki otaczającej przyrody, zatrzymanie się na chwilę i obserwacja otaczającego nas świata natury, jest to także sposób na nieformalną i pozaformalną edukację przyrodniczą.

Projekt był również protestem i zwróceniem uwagi na wszechobecną wycinkę drzew, powstawanie betonowych skwerów bez "oddechu zieleni", przesadne i nieumiejętne koszenie trawników w mieście. Nasuwają się pytania: - dlaczego kosi się trawniki w Olsztynie? - czy nie mogą powstać dzikie łąki w mieście? Takie miejsca to różnorodność biologiczna i piękno natury. Przecież Olsztyn to miasto ogród...

Praca była wykonana w formie plakatów (druk wielkoformatowy na papierze). Na jednej ze ścian i fragmencie daszku przystanku zainstalowane zostały żywe liście (tzw. ogród wertykalny).

Przedstawię teraz dwa typy miast. Pierwsze miasto Copsa Mica w Rumunii to najbardziej zdegradowane środowisko naturalne w mieście. Odkryto tu złoża gazu, założono hutę cynku, kadmu i ołowiu. Po niej fabrykę sadzy, potrzebnej do produkcji farb. Był to rozkwit gospodarki i ekonomii. Ludzie mieli pracę, a miasto się rozwijało. Jednak rozwój ten doprowadził do tego, że mieszkańcom zakazano hodowli trzód i uprawy warzyw bo ziemia była skażona. Sadza była wszędzie: na dachach domów, na futrach zwierząt. Potem doszły problemy zdrowotne mieszkańców (choroby płuc, impotencja, niepłodność). Kiedy zamknięto fabrykę doszedł kolejny problem – zabrakło pracy. Mieszkańcy aby się utrzymać przeczesywali ruiny budynku fabryki w poszukiwaniu metalu, który oddawali do skupu.

Drugie miasto to Lublana, stolica Słowienii, ogłoszona w roku 2016 za Zieloną Stolicą Europy. Trzy czwarte jej terytorium stanowią lasy, parki i tereny wodne. O zieleń się tu dba: posadzono kilka tysięcy drzew (w Olsztynie niestety się je wycina!), zbudowano kilka parków i dokonano rewitalizacji brzegów rzek Lublanicy i Sawy. W centrum miasta ograniczono ruch pojazdów mechanicznych, a na Starówce wprowadzono system darmowej komunikacji miejskiej (w Olsztynie mimo taniej komunikacji miejskiej na Starówce samochody parkują niemalże przy samych restauracyjnych stolikach odpoczywających mieszkańców czy turystów!). Przedstawiłam przykłady dwóch różnych podejść do ekologii miasta, miasta toksycznego i miasta ekologicznego. Dwa jakże różne podejścia do dialogu i świadomości społeczeństwa i władz miasta. Nasuwa się myśl jak ważny jest ten dialog społeczny z władzami odpowiedzialnymi za właściwy rozwój miasta. Aczkolwiek nie tylko władza i politycy są odpowiedzialni za rozwój miasta ale My sami, świadomi, uważni i aktywni.

Zimny przedstawia również problem odpadów pisząc: „Miasta są węzłami społeczno – gospodarczymi, przez które przepływa gros strumienia energii, a wypływa przetworzona w produkt użytkowy i odpady”. Dlatego też jednym ze środowisk życia człowieka w mieście są wysypiska śmieci, odpady komunalne. W tym miejscu chciałabym podjąć temat kompostowników w mieście. Takie elementy „małej architektury” znane są na obszarach wiejskich, gdzie właściciele swoich posesji wykonują własnoręcznie wykonane kompostowniki, czyli pojemniki, w których przebiega kompostowanie odpadów biodegradowalnych, w wyniku czego otrzymujemy kompost. Taki kompostownik pozwoli chronić środowisko naturalne, znacząco zmniejszając strumień odpadów trafiających na wysypisko. Odpady nadające się do kompostowania mogą stanowić nawet 60% wyrzucanych śmieci z gospodarstwa domowego. Jednocześnie wzrost poziomu odzysku odpadów biodegradowalnych pozwala na wytworzenie naturalnego kompostu o walorach nawozowych, który będzie stosowany do poprawy właściwości gleby, a także do utrzymania terenów zielonych i rekultywacji gruntów bezglebowych. Nadmienić trzeba, że odpady biodegradowalne to odpady spożywcze i kuchenne z gospodarstw domowych, takie jak: resztki żywności (oprócz mięsa i kości), obierki z owoców i warzyw, przeterminowane owoce i warzywa, skorupki jaj, fusy po kawie i herbacie, popiół drzewny, papier (niezadrukowany). Natomiast odpady zielone pochodzą z pielęgnacji terenów zieleni, ogrodów, parków, takie jak: trawa, drobne gałęzie, liście. Kompostownik w mieście, np. na terenie osiedla pozwoliłby nie tylko zredukować odpady ale powstały kompost pozwoliłby na zastosowanie go do poprawy właściwości gleby i nawożenie terenów zielonych w mieście, np. powstających kwiatowych łąk. Jednym słowem byłoby to lokalne wykorzystanie powstałego kompostu. Takie działania pozwoliłyby na ograniczeniu składowania odpadów w sposób niekontrolowany, podniosłyby świadomość społeczną w zakresie gospodarowania odpadami biodegradowalnymi i odpadami zielonymi, świadomość ochrony środowiska naturalnego, a także poprawienie jakości i estetyki życia w mieście.

Przyjrzyjmy się przyrodzie w mieście. Niektórzy zapytają jakiej przyrodzie – tym bardziej w mieście? Miejskie ptaki. Badania dowiodły, że w betonowych centrach miast, w których nie ma parków, różnorodność gatunków ptaków jest bardzo mała, zróżnicowanie w lasach jest większe niż w ośrodkach miejskich, Jednak największe liczby unikalnych gatunków ptaków można znaleźć w miastach z wielkimi parkami. Nathanael Johnson w swojej książce „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” pisze: „Ptaki, np. wrony, gołębie czy wróble są innowacyjne i elastyczne. Przyglądają się nam z uwagą, odczytują język naszego ciała i domyślają się jakie mamy zamiary. Czasami zachowują się jakby się nami bawiły, wykradając kanapki. Rzucają na drogi orzechy, które są potem miażdżone przez opony samochodów. Ptaki bardzo szybko dostosowują się do naszego trybu życia. Używają swoje inteligencji do wykorzystania ludzkich przyzwyczajeń, np. marnowanie żywności”.

Trawnik w mieście. Skoszony trawnik to pustynia, na której nie ma miejsca dla owadów zapylających takich jak motyle i pszczoły. A jak nie ma owadów, to nie będzie ptaków, które albo same się żywią owadami, albo karmią nimi pisklęta. Nie będzie też kretów, gryzoni, łasic, kun. Zostaną za to komary, które poradzą sobie wszędzie, szczególnie wtedy gdy nie będzie ptaków. Kwiatową łąkę znamy z terenów wiejskich. A co by było, gdyby taka łąka powstała w mieście? Trochę dziwnie brzmi – łąka w mieście. Przecież miasto znamy z bloków mieszkalnych, betonowych chodników i dróg asfaltowych. Gdzie tu miejsce na kwiatową łąkę? Przecież w miastach są pięknie zadbane trawniki, często koszone, pięknie ułożone pod linijkę rabaty kwiatowe, betonowe donice przy chodnikach, są parki, które również są zadbane, nasadzone różnorodnym drzewostanem.

Kwiatowa łąka to nie wymysł zdziwaczałych ekologów tylko pożyteczna i zdrowa moda, która powoli wkracza do miast. Łąki są pożyteczne, piękne i praktyczne. Łąki pełne kwiatów są rajem dla owadów, zatrzymują wodę, a nawet pyły tworzące smog. Mogą być przy tym piękne, bo pełne polnych kwiatów i odgłosów drobnego życia. Są wreszcie praktyczne, bo nie wymagają tyle pracy, maszyn i energii co pielęgnacja miejskiej murawy. Nie wymaga przy tym specjalnych warunków. Wyrośnie niemalże na każdym podłożu. Co ważne – łąkę można stworzyć o każdej porze roku, sukcesywnie dosiewając ją nasionami, np. chabru, bławatka, czarnuszki, facelii, kosmosu pierzastego, maciejki czy maku polnego. Po przekwitnięciu nie ścinać tylko pozwolić samoczynnie wysiać się powstałym nasionom. Kwiatowa łąka może stać się jednocześnie nieformalną edukacją, dzięki której na wyciągnięcie ręki możemy poznać różne gatunki flory i fauny.

Gdy ludzie wyrównują spycharkami teren i kładą chodniki natura wysyła gatunki, które są w stanie przetrwać w nowym otoczeniu. W tym momencie gatunki inwazyjne stają się nie niszczycielami lecz twórcami. Zapoczątkowują nowe sieci pokarmowe, przekształcają się, ewoluują. Ludzie mają tendencję do myślenia, że natura i cywilizacja wzajemnie się zwalczają. Jednak w rzeczywistości miasta stały się idealnym środowiskiem do powstawania nowych gatunków, do odrodzenia. W książce Bernarda Cambella „Ekologia człowieka„ czytamy: „Cywilizacja z pewnością zaburzyła status quo w naturze, lecz stała się również motorem naturalnego odrodzenia”. Nie znaczy to absolutnie, że powinniśmy przestać martwić się ginięciem gatunków i środowiskiem. Ponieważ coraz więcej ludzi mieszka w miastach, dominuje romantyczny sposób myślenia o naturze. Zamiast gloryfikować tylko nietknięte przez człowieka miejsca, można stworzyć pewne zasady pozwalające ludziom i naturze żyć razem. Można zacząć od szanowania i respektowania ludzi, którzy mają bezpośredni kontakt z przyrodą – rolników, górników, drwali – i znacznie ułatwią życie ludziom w mieście. Mieszkańcy miast często krytykują ich za zniszczenie przyrody i jednocześnie domagają się produkowanych przez nich surowców. Dochodzimy do wniosku, że potrzebny jest kompromis do życia z naturą i wiedza do zrównoważonego rozwoju. Nasuwa się pytanie w jaki sposób możemy dotrzeć do etapu, w którym ludzie zaczną wykorzystywać przyrodę w sposób rozważny i ostrożny, aby zaspokoić potrzeby ludzkości? Pierwszym krokiem może być porzucenie myślenia o naturze jak o czymś odległym co musimy chronić przed innymi i zacząć dostrzegać ją wokół siebie. Pierwszym krokiem jest otworzenie oczu na istnienie natury w naszym życiu.

Uważam, że łączenie ludzi z innymi gatunkami przynosi wiele korzyści, nawet dla tych, którzy nie są wielbicielami przyrody. Dowody wskazują na to, że gdy ludzie znajdują się w otoczeniu roślin i zwierząt, spada ich poziom stresu i poprawia się ogólny stan zdrowia. Jeśli zależy nam na różnorodności gatunkowej i chcemy doświadczać jej osobiście, a nie tylko mieć świadomość, że ona gdzieś istnieje, oddalona od nas o setki kilometrów, jest duża szansa, że przyczynimy się do wzrostu zróżnicowania gatunkowego dzięki pielęgnowaniu środowisk w miastach i wokół nich. Na zakończenie przytoczę cytat z książki „Ekologia człowieka”, Bernarda Campbella: „Musimy zacząć wierzyć, że jesteśmy tym, czym jesteśmy – częścią zawiłej i zrównoważonej struktury świata przyrody; nie zdobywcą, który nagina przyrodę według swej woli i wykorzystuje jej bogactwa.”

Anna Wojszel
studentka kierunku Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze

poniedziałek, 26 marca 2018

EURAXESS - Call for Experts: deadline extended! Tech4Culture PhD Programme - (MSCA-COFUND)

Dear colleagues,
as you know, the University of Torino has launched a new Phd Programme in technologies applied to Cultural Heritage. "PhD Technology Driven Sciences: Technologies for Cultural Heritage (Tech4Culture)" is a project co-funded by the H2020-MSCA-COFUND scheme and the banking foundation Compagnia di San Paolo.
The first Call for Applications and the Call for Experts are now open.
With the Call for Experts we are looking for researcher and experts of the non-academic field to become members of the Scientific Selection Committee that will assess applications for the First Call for Applications.
We have extended the deadline for the Call for Experts: the new deadline is the 1st of April 2018.
All information about how to apply to become an expert for our project may be found at the news section of the project website:

Thank you for your attention.

Claudia Barale, Chiara Inaudi
Teach4Culture Project Management Team
University of Torino
Message sent by Claudia BARALE
Message sent to
ALL EXTRANET USERS

poniedziałek, 26 lutego 2018

Artystyczne malowanie przystanków autobusowych


Przystanki autobusowe są jedną z niewielu przestrzeni publicznych na wsi. Artystyczne malowanie przystanków jest w jakimś sensie społeczną rewitalizacją, ponieważ sztuka przywraca je do sensownego użytkowania. Przedstawiony został model pracy z mieszkańcami nad przekształcaniem podwórka jako przestrzeni wspólnej, publicznej w rewitalizacji. Jednym z elementów rewitalizacji jest estetyzacja, porządkowanie, przywracanie wspólnej funkcji. Malowanie bioróżnorodności na przystankach jest z kolei elementem szeroko rozumianej edukacji pozaformalnej poza murami szkoły. Ten wymiar edukacji nabiera współcześnie coraz większego znaczenia.

„Tu powstanie warmińska łąka” - tak napisałam na ścianie, zaczynając prace nad nowym, malowanym przystankiem autobusowym na drodze DK 16 - Wójtowo . Dzięki różnorodności przystanków możemy w jakiś sposób identyfikować same miejscowości.

Praca nad pomalowaniem przystanku zaczyna się od pomysłu i zagospodarowania przestrzeni ściany przygotowując projekt w szkicowniku. Odpowiednie rozmieszczenie poszczególnych elementów przyrody wiąże się z biologicznym rozpoznaniem ekosystemu, w którym żyją owady, kwiaty itp. Do niektórych projektów potrzebne jest oprócz wstępnego projektu, przygotowanie odpowiedniej wielkości szablonu, który nanoszony jest na ścianę a następnie odrysowywany i wkomponowany w pozostałe elementy całej kompozycji.

Na Warmii przystanki autobusowe zaczynają dopiero funkcjonować jako swoiste ośrodki kultury wiejskiej. Powstało kilka przystanków, które zostały pomalowane w elementy przyrodnicze a zarazem edukacyjne. Na przystankach organizowane są spotkania kobiet wiejskich przy herbacie i kawie, gdzie w ten sposób społeczność odpoczywa od codziennych obowiązków. Przystanek w tym momencie pełni rolę integracyjną.

Warmińska łąka to ogromne bogactwo zwierząt i roślin - ekosystem. Warmińskie przystanki stają się atlasami przyrodniczymi odwzorowującymi lokalną bioróżnorodność. Na ścianach przystanków pojawiły się również wizerunki takich mieszkańców Warmii jak motyl latolistek cytrynek (Gonepteryx rhamni), motyl czerwończyk dukacik (Lycaena virgaureae), motyl bielinek kapustnik (Pieris brassicae), motyl rusałka pawik (Inachis io), motyl modraszek arion (Maculinea arion), pająk krzyżak łąkowy (Araneus quadratus).

Artystycznie malowane przystanki autobusowe powstały w miejscowościach: Wipsowo, gmina Barczewo, Wójtowo, gmina Barczewo, Kaplityny, gmina Barczewo, Marcinkowo koło Mrągowa, Dąbrówka koło Ornety. Powstał również przystanek pt. “Wiocha w mieście” w ramach konkursu Olsztyn Street Art Garden, vol.III

ANNA WOJSZEL

aniawojszel@gmail.com
Dziedzictwo Kulturowe i Przyrodnicze 

czwartek, 18 stycznia 2018

Jak rozumiem metodologię nauk przyrodniczych?

    Czym jest nauka?
    Czym charakteryzuje się metoda naukowa?
    Specyfika nauk przyrodniczych.

Nauka jest stosunkowo nowym podejściem do poznawania świata przez człowieka. Datuje się ją różnie, ale z reguły na przełom wieku XVII i XVIII. Jakie było to poznawanie świata wcześniej? Jaki to był świat? W starożytnej Fizyce Arystotelesa mythos był wymieszany z logosem, tj. fizyka była jednocześnie metafizyką lub wręcz mistyką. Według Neila Postmana to Francis Bacon, a nie Newton czy Kepler, stworzył ideologiczne podstawy świata, w którym nauka jest autonomiczna i pełni jedną z głównych ról w rozwoju i trwaniu cywilizacji: „Bacon pierwszy dostrzegł, jasno i wyraźnie, związek między nauką a poprawą warunków życia. […] Nieustannie krytykował on swoich poprzedników za nierozumienie, iż prawdziwym, prawomocnym i jedynym celem nauki jest «wyposażenie życia ludzkiego w nowe wynalazki i środki». Naukę, łącznie z matematyką, którą uważał za służebnicę wynalazku, sprowadził z nieba na ziemię. Ze swym utylitarnym poglądem na wiedzę Bacon był głównym architektem nowego gmachu myśli, z którego wygnano rezygnację, a Bogu wyznaczono specjalną komnatę.”[1]
Jeśli można powiedzieć, że nauka ma główny cel, to wydaje się, że jest nim prawda. Jednak intuicyjne, codzienne pojęcie prawdy stało się niewspółmierne z prawdami, do których dąży nauka. Potoczne prawdy stały się właściwie niemożliwe wraz z przyrostem naszej wiedzy o świecie: dzięki użyciu nowych narzędzi, złożonych pojęć, wyższej matematyki, abstrakcyjnej fizyki, nagromadzeniu wiedzy o kulturze i człowieku, wniknięciu w głąb mikroświata i w dal wszechświata. Wszystko to spełnia postulat Bacona o tym, że nauka poprawia warunki życia człowieka. Dzięki autonomiczności sądów nauki również ludzie mogą być bardziej wolni. Wydaje się jednak, że indywidualna wolność ludzi nie nadąża za wolnością myśli. Dzięki nauce w świecie potocznych sądów co prawda żyje się lepiej, ale nie zmienia to faktów, że na co dzień wciąż jest on potoczny. Wytwory nauki, technologia, instytucje społeczne – wszystko to otacza nas niczym magiczny świat, w którym kulturowo tkwiliśmy dużo wcześniej, zanim uformowała się nauka.
Kategoria prawdy w świecie przed nauką nie była czymś oddzielonym od potocznego doświadczenia. Jednocześnie zawierała w sobie element magiczny – w  momentach, w których to potoczne doświadczenie nie potrafiło przekonująco wyjaśnić zasady rzeczywistości pojawiały się metafizyczn­e hipotezy ad hoc. W czasach Arystotelesa wszechświat był podzielony na krąg podksiężycowy i nadksiężycowy. Świat nadksiężycowy składał się z niezniszczalnego eteru, a świat podksięży­cowy z substancji, które tworzyły cztery główne „pierwiastki”: powietrze, zie­mia, ogień i woda. Wszelka zasada organizacji tego świata wynikała z położenia owych „pierwiast­ków” w kręgu podksiężycowym. Nie rozwodząc się dłużej nad fizyką Arystotelesa trzeba zazna­czyć, że czło­wiek w tym świecie był substancją specyficzną – połączeniem ciała (formy) i jego orga­nizacji (duszy). W świecie Arystotelesa panowała nie tylko substancjalna jedność ciała i duszy, ale także jedność poznania świata i wyobrażenia o nim. Wszystko mieszało się ze sobą.[2]
Do pewnego momentu ludzkości to wystarczało. Jaki był punkt krytyczny? Co takiego stało się, że w pewnym momencie ludzie zaczęli potrzebować prawdy innej niż tej, którą zapewniało im po­toczne doświadczenie czy religia? Różne są hipotezy na ten temat. Można pomyśleć, że prawda wyzwoliła się z obszaru mistyki i metafizyki kiedy władzę świecką zaczął uwierać monopol duchownych na wydawanie sądów o ziemskim świecie. Nauka zaczęła być potrzebna rządzącym wraz z rozpoczęciem procesu rozdzielenia władzy duchownej od świeckiej. Kiedyś faraon był bogiem. Cesarze rzymscy składali ofiary bogom i mieli podobny do nich status. Natomiast już królowie w czasach chrześcijaństwa rządzili „z woli Boga”, ale nie byli mu równi. Ostateczny rozłam nastąpił wraz z reformacją, kiedy władza w krajach protestanckich uniezależniła się od władzy papieskiej. Większa rola świeckiej władzy to jedna z hipotez – przyczyny z pewnością są dużo bardziej złożone. Natomiast proces „rozwodu” między wiedzą autorytarną, tj. zawartą w metafizyce, teologii lub też magii, najbardziej widoczny był na polu tego, co dziś nazywamy naukami przyrodniczymi.
Dzisiejsza astronomia była niegdyś astrologią. Johannes Kepler swoją karierę rozpoczynał od publikowania kalendarzy astronomicznych na dworze księcia Wallensteina. Po co możnowładcom potrzebni byli astrologowie na dworze? Najwidoczniej po to, aby ustrzec się przed manipulacjami astrologów wędrownych i innych szarlatanów.  Sam Kepler ujął to tak: „Astrologia może wyrządzić niebywałe szkody monarsze, jeśli sprytny astrolog wykorzysta jego ludzką łatwowierność”. Aby utrzymać swoją pozycję Kepler musiał trzymać potencjalnych konkurentów w dystansie, tj. przeprowadzić pewien metodyczny proces dowodzenia swoich obserwacji, który nie zostawiałby pola na manipulację. Kepler głosił, że „teologię należy oddzielić od nauki, a z kosmologii wygnać anio­ły, duchy i opinie świętych”[3].
Ten pionier współczesnej astronomii był wyrazicielem zupełnie nowego sposobu na poznanie świata. Sposób ten burzył wcześniejszą jedność między mitem a rozumem uwalniając ten drugi – dając mu możliwość niezależności i działania instrumentalnego, tj. uniezależnionego od wyobrażeń i przekonań na temat świata.
Ale czy współczesna nauka jest faktycznie wolna od wyobrażeń i subiektywnych przekonań? Czy można powiedzieć, że nauka dąży do obiektywnej prawdy? Czym jest nauka? Te pytania są zdecydowanie starsze niż sama nauka. Już w czasach Arystotelesa zastanawiano się nad tym, czym charaktery­zuje się nasze poznanie świata – jakie są jego motywy i ścieżki. Zajmowała się tym epistemolo­gia – dział filozofii dotyczący relacji między poznaniem a rzeczywistością. Termin ten można sto­sować zamiennie ze sformułowaniem „filozofia nauki”, chociaż dzisiaj epistemologia często jest uproszczona do kogniwistyki.
Najbardziej podstawą rzeczą, którą można z pewnością powiedzieć na temat różnicy między nauką a nie-nauką jest to, że ta pierwsza zawsze zawiera w sobie element autorefleksji. Nauka oprócz przedmiotu swojego zainteresowania bada również siebie samą. Nauka zawsze ma jakąś metodę. Tym właśnie zajmuje się filozofia nauki. Filozofia nauki opisuje to jak zbudowane są metody na­ukowe i stara się identyfikować pewne ukryte założenia w nich zawarte.
Nauka bowiem nie jest jakimś darem z niebios – jest to forma poznania, która podobnie jest wiedza potoczna obarczona jest różnymi indywidualistycznymi przywarami, dzięki którym czło­wiek chce uzyskać wyobrażenie o świecie i jednocześnie zachować jego spójność. Ta sprzeczność prowadzi do błędów, ale dzięki refleksji można je przewidywać, a nawet wykorzystywać w drodze naukowego poznania.
Naukowe poznanie wbrew oczekiwaniom nie tworzy jednolitego obrazu świata. Oczywiście mamy w nauce tendencje finalistyczne, tj. próby stworzenia „teorii wszystkiego”, ale niestety za­wsze okazuje się, że „wyszedłszy od zamętu, dochodzimy do zamętu na wyższym poziomie”[4]. Kon­cepcje finalistyczne wprowadzają nas raczej z powrotem do świata metafizyki niż do świata nauk ścisłych. Ale być może dysponując odpowiednią metodą nie powinniśmy unikać takiej swo­istej neo-substancjalności?
Zacznijmy jednak od początku. Indukcjonizm był pierwszą podstawową metodą naukową i wciąż np. na poziomie obserwacji i zbierania danych nią jest. Na poziomie obserwacyjnym i badawczym nie wydaje się, by było w nim coś niewłaściwego i nieracjonalnego. Indukcjonizm zasadza się na obserwacjach. Na podstawie pewnej liczby obserwacji można stwierdzić pewne fakty. Na podstawie faktów buduje się prawa i teorie. Dysponując prawami i teoriami można na zasadzie dedukcji tworzyć przewidywania i wyjaśnienia.
Indukcjonizm ma jednak kilka bardzo istotnych wad. Na poziomie logicznym nie da się udo­wodnić indukcjonizmu za pomocą indukcjonistycznej metody, tj. nie ma takiej liczby zastosowań metody indukcji, która sprawiłaby, że indukcja zawsze się sprawdza. Wystarczy jedno fałszywe twierdzenie, aby obalić całą metodę. Przykładem może być zdanie, że metale rozszerzają się pod wpływem wysokiej temperatury. Można przeprowadzić bardzo wiele obserwacji, które uprawniają do takiego wniosku. Natomiast jeśli trafimy na metal, który zachowuje się inaczej, to trzeba wpro­wadzić modyfikację do metody – zawrzeć warunek, który mówi np. o specyficznym zachowaniu się niektórych metali po podgrzaniu.
Indukcjonizm był bardzo długo wychwalany jako metoda, która pozwalała się uwolnić od pierwotnych założeń i przekonań. Okazuje się jednak, że już na etapie obserwacji przyj­mujemy nieświadomie jakieś założenia teoretyczne. To kolejny zarzut wobec tej metody – ciężko jest uwzględnić wszystkie istotne warunki obserwacji niezbędne do wysnucia obiektywnych wniosków. Ponadto przekonanie o niezależności obserwacji od teorii jest naiwne, bo wszelkie zdania obserwacyjne mają swoje umocowanie w ja­kiejś teorii – nawet jeśli nie odwołujemy się do niej w jawny sposób.
Nauka potrzebowała koncepcji, która byłaby bardziej spójna logicznie i pozwoliła lepiej identyfikować takie niejawne założenia teoretyczne. Taką koncepcją jest falsyfikacjonizm Karla Poppera. Idea falsyfikacji nie tylko ma mniejsze problemy ze swoim logicznym uzasadnieniem, ale jest też bardziej płodna dla nauki. Przedmiotem badań falsyfikacjonisty może być wszystko, o ile tylko można powiedzieć o czymś w formie zdania, które poddaje się falsyfikacji. Oznacza to, że zdanie ta­kie – nawet najbardziej absurdalne – zawiera w sobie jakieś warunki obserwacji, które można pod­dać próbie prawdy. Zdanie „Deszcz nigdy nie pada w środy” może wydawać się nieuzasadnione, ale daje punkt wyjścia do przeprowadzenia prostego doświadczenia w odróżnieniu od zdania „Pada albo nie pada[5]. Podobnie byłoby ze zdaniem „Wszystkie planety poruszają się po elipsach wokół Słońca”, które jest falsyfikowalne w odróżnieniu np. od zdania „Planety poruszają się”. W dużym uproszczeniu więc można powiedzieć, że falsyfikacjonizm „odsłania się”, tj. pokazuje wstępne za­łożenia badanego problemu. Falsyfikacjonizm polega na stawianiu najbardziej nawet śmiałych tez i ich weryfikacji. Nawet jeśli hipoteza nie przejdzie takiej próby, to takie spekulacje posuwają naukę do przodu, gdyż nowa hipoteza powstała po sfalsyfikowaniu poprzedniej powinna być falsyfikowal­na w stopniu większym niż poprzednia. Oznacza to, że nowa hipoteza zawiera więcej informacji i w ten sposób – zależnie o wyniku falsyfikacji – rozwija naszą wiedzę o świecie.
Wadą koncepcji Poppera wydaje się jednak być jej... doskonałość. Gdyby stosować falsyfikację konsekwentnie, to mimo pozornej płodności tej metody, nauka nie mogłaby dojść do swoich wiekopomnych odkryć. Okazuje się, że społeczność naukowa kieruje się nie tylko logiką, ale też – na szczęście – zachowuje coś, co można określić jako bezwładność poznawczą.
Imre Lakatos mówił o negatywnej heurystyce programu badawczego. W koncepcji tej zawiera się społeczne podejście do problemu filozofii nauki. Uczeni w rozwiązywaniu problemów nauko­wych przyjmują  pewien pas ochronny na który składają się hipotezy pomocnicze. Hipotezy te są niefalsyfikowalne i stanowią twardy rdzeń programu badawczego. Twardy rdzeń aktualizuje się wraz trwaniem programu. Z cza­sem, w zależności od tego czy hipotezy spoza pasa ochronnego wzbogacają rdzeń czy też brną w ślepą uliczkę, program może być uznany za postępowy lub zdegenerowany. Ogólnie rzecz biorąc program postępo­wy umożliwia przewidywanie nowych zjawisk, a program zdegenerowany ponosi w tym porażkę.[6]
O krok dalej poszedł Thomas S. Kuhn, który w swojej „Strukturze rewolucji naukowych” wprowadził pojęcie paradygmatu. Kuhn zwraca uwagę, że uczeni przyjmują bezkrytycznie pewne zało­żenia teoretyczne w swoich badaniach i że założenia ta tworzą pewną strukturę: „Gdyby wszyscy uczeni byli przez cały czas krytyczni wobec wszystkich elementów struktury w ramach której pracują, nie byliby w stanie wykonać żadnej rzetelnej pracy. […] Paradygmat ucieleśnia szczególną strukturę pojęciową, poprzez którą oglądany jest świat, oraz pewien szczególny zespół technik eksperymentalnych i teoretycznych, służących uzgadnianiu paradygmatu z naturą.[7]
W nauce po prostu przyjmuje się pewne wstępne założenia do czasu, aż nie nastąpi jakaś naukowa rewolucja, która zmusi uczonych do zmiany paradygmatu. Wszystkie paradygmaty wykazują pewną niezgodność z naturą. Rewolucje następują wtedy, kiedy ta niezgodność staje się poważna. W nauce w pewnym momencie następuje kryzys, na który społeczność naukowa reaguje radykalną zmianą paradygmatu.
Kuhn głosi, że „w nauce nie ma wyższego standardu niż zgoda zainteresowanej społeczności”. Alan Chalmers podaje to twierdzenie jako analogię do słów Pitagorasa o tym, że „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. Czy nie oznacza to jednak powrotu do poznawczego autorytaryzmu, tyle tylko, że reprezentowane­go nie przez kapłana, maga czy zdrowy rozsądek, ale przez kolektyw naukowców? Stanowisko Kuhna głównie przez to jest krytykowane, że prowadzi do naukowego relatywizmu odsuwając ra­cjonalne podstawy poznania. Lakatos wyrażał się o rewolucjach naukowych Kuhna nie jak o racjo­nalnym procesie, ale jak o zmianie wyznania religijnego.[8]
Zarówno koncepcji Lakatosa jak i Kuhna można zarzucić to, że nie wyznaczają metody na do­brą metodę naukową. Bardziej niż filozofią nauki obie koncepcje są raczej historią nauki. Koncep­cje te w sposób mniej lub bardziej przekonujący wyjaśniają drogi do prawdy, ale tej drogi nie wy­znaczają. Jest tak dlatego, że filozofia nauki – podobnie jak większość dzisiejszej filozofii – stała się filozofią a posteriori zamiast filozofią a priori. Współcześnie znaczenie realnej (filozoficznej) epistemologii jest sprowadzone do roli komentarza w odniesieniu do dokonań nauk przyrodniczych.[9] Epistemologia spętana przez relatywizm (którego sprawcą przecież nie jest Thomas S. Kuhn) straciła swoją moc. Filozofia w dużej mierze ogołocona ze swych wcześniejszych problemów metafizycznych została pozbawiona autorytetu.
Z drugiej strony przynajmniej za częściowo prawdziwe można uznać twierdzenie, że nauce przypisujemy zbyt dużą rolę we współczesnym świecie. Paul Feyerabend opowiadał się przeciwko metodzie z tego powodu, że sztywne trzymanie się jakichś uniwersalistycznych reguł jest nie tylko nierealne, ale i szkodliwe. Częściowo pokrywa się to z koncepcjami Lakatosa i Kuhna. Natomiast Feyerabend idzie o krok dalej i mówi, że skoro trzymanie się jednej metody jest nierealne, to w ta­kim razie w nauce panuje jedna zasada: „wszystko wolno”[10].
Tak skrajne relatywistyczne podejście do nauki opiera się na zbyt daleko idących uogólnieniach.   Poza tym w rozważaniach Feyerabenda wydaje się być zawarta implicite wiara w to, że nauka po­sługuje się uniwersalistycznymi metodami. Z tego, o czym była mowa wcześniej wynika, że wcale tak nie jest. Może więc taka relatywizacja naukowego poznania jest wynikiem tęsknoty za światem, który stanowił substancjalną jedność?
Być może też celem nauki wcale nie jest dążenie do prawdy. Nauka rozmyła zdroworozsądkowe pojęcie prawdy. Co więcej sami naukowcy są rozproszeni w swoich wyspecjalizowanych poszuki­waniach. Prawda w nauce nie jest tym, czym w życiu codziennym. Je­śli w ogóle można o niej mó­wić (nawet na gruncie rozważań filozofii a priori), to nie jest ona dostęp­na indywidualnemu do­świadczeniu. Jeśli nie jest dostępna, to czy warto się w ogóle nią zajmować?
A może jednak warto wrócić do starej, dobrej filozofii? Okaże się, że wciąż ma nam ona wiele do po­wiedzenia o świecie urządzonym przez odkrycia naukowe. Jeśli w nauce nie chodzi o prawdę, to ważniejszy staje się sam proces i wartości takie jak: ścisłość i zakres teorii, prostota czy płodność. Te wartości bardziej niż do epistemologii zaliczają się do rozważań estetyki. Tak jak kiedyś sztuka była zespolo­na z religią i pozwalała przenieść swoje ziemskie życie w transcendentny, abstrakcyjny wymiar, tak teraz nauka stanowi protezę religii. Stąd też może bierze się większe nastawienie na sam fakt prze­biegu naukowych procesów niż osiąganie prawdy? Przypomina to trochę doświadczenie mistyczne, w którym wyznawca bóstwa zbliża się do absolutu poprzez rozmycie swojej indywidualności. Pro­blem w tym, że deifikujemy naukę, a to w dużej mierze jej postępy rozwijają i utrzymują różne technologie, które zapewniają nam indywidualizm, który przeciętnego człowieka od tego pierwotnego pojęcia Absolutu oddala.
Poprzez krytykę pozornego relatywizmu metod naukowych przejawia się tęsknota za ideą, która tłumaczyłaby świat w podobny sposób jak czyniła to religia przed okresem „panowania” nauki. Jednocześnie taki sposób wyrażania tej tęsknoty zakłada, że nauka faktycznie panuje. Czy jest tak na pewno? W rozważaniach nad tym „czym jest nauka” przyjmujemy paradygmat nadrzędności nauki nad naszym życiem. Istotnie jest tak, że np. decyzje polityczne współcześnie bardziej oparte są na naukowych analizach niż na zupełnie arbitralnych decyzjach. Jednak wciąż element kulturowy, swoiście magiczny, a więc broniący się przed racjonalistycznym podejściem, dominuje w naszym życiu. Bardzo niewielu ludzi w codziennym życiu myśli w sposób racjonalny. Nawet w społeczności naukowej przekonania i kontekst kulturowy mają duży wpływ na przebieg badań i  nieuświadomione założenia teoretyczne.
Ostatecznie nauka zawiera jednak więcej w swej metodzie racjonalności, a opiera ona się na refleksyjności. Kłopot w tym, że wraz z rozwojem nauki, jej upowszechnieniem za sprawą eduka­cji, stała się ona wszechobecna, jednocześnie tracąc coś ze swojego autorytetu i swojej krytycznej siły. Na każdym kroku stykamy się z nauką jednak nie jesteśmy w stanie powiedzieć czym jest naukowy światopogląd. Nastąpiła swego rodzaju familiaryzacja nauki w życiu codziennym.
Dlatego też może paradygmat postępu naukowego nie jest najważniejszy w rozważaniach nad istotą nauki. Współcześnie dużo ważniejsze wydaje się być określenie granic między tym, co naukowe, a co nienaukowe. Na pewno nie ułatwia tego fakt, że np. humanistyka czy nauki społeczne mają współcześnie inny status niż w czasach, gdy np. teologia tłumaczyła w równym stopniu świat duchowy jak co świat fizyczny.
Humanistyka i nauki społeczne starają się już od dawna „doszlusować” do metodologii nauk ścisłych poszukując analogicznych praw i metod. Te metody są krytykowane przez filozofów nauki, którzy swoje badania opierają głównie na analizie historii fizyki czy nauk przyrodniczych. Często też można usłyszeć głosy, że właściwe nie można tych dziedzin zaliczać do świata nauki. Imre La­katos twierdził zgodnie ze swoją koncepcją programów badawczych, że metodę naukową powinna ce­chować (1) spójność i (2) potencjał przewidywania zjawisk. Np. marksizm i freudyzm spełniają pierwszy warunek, ale nie spełniają drugiego, natomiast socjologia spełnia warunek drugi, lecz nie spełnia pierwszego[11].
Na pewno takie odmawianie „miękkim” naukom prawa do naukowości jest krzywdzące. Neil Postman nie odmawiając tego prawa tłumacząc metody nauk humanistycznych i społecznych w in­ny sposób, tj. jako formę opowieści: „Nauka w klasycznym sensie też jest, oczywiście, pewną formą opowieści, ale jej założenia i procedury są tak odmienne od tych, jakich się używa w naukach społecznych, że nadawanie im tej samej nazwy prowadzi do skrajnych nieporozumień. W rzeczywistości opowieści badawczy w dzie­dzinie nauk społecznych są pod względem struktury i celu znacznie bliższe temu, co nosi nazwę li­teratury pięknej […] Zarówno reprezentanci nauk społecznych, jak i powieściopisarze oferują uni­katowe interpretacje zbiorów zdarzeń, w których uczestniczą ludzie, a na poparcie tych interpretacji używają różnych form przykładów. Interpretacji tych nie można dowieść, ani obalić. […] Słowa «prawdziwy» i «fałszywy» nie mają tu zastosowania w tym znaczeniu, w jakim się ich używa w matematyce bądź w naukach przyrodniczych. W interpretacjach tych nie ma bowiem nic uniwersal­nie i nieodwołalnie prawdziwego ani fałszywego. Nie istnieją krytyczne testy, które mogłyby je zweryfikować albo sfalsyfikować. Nie wywnioskowano ich z żadnych praw przyrody.”[12]
A jednak myśliciele, humaniści, psycholodzy reprezentują paradygmat będący pochodną metod nauk ścisłych. Wydaje się, że jest w tym podejściu jakiś kompleks niższości wobec dosadności z jaką np. fizy­ka czy biologia udzielają odpowiedzi. Nawet jeśli odpowiedzi te są wyższą formą organizacji naszej niewiedzy, to taka forma pociąga nie-ścisłych naukowców. Czasami odwołania humanistów do do­konań nauk ścisłych okazują się mocno nietrafione, a wręcz komiczne. Takie przypadki zebrali w swojej książce Alan Sokal i Jean Bricmont pt. „Modne bzdury”.
To co zrobili Sokal i Bricmont można traktować jako „czepialstwo”, ale przeprowadzona pod kątem poszukiwania błędów merytorycznych „wiwisekcja” myśli post-modernistycznych myślicieli oprócz pewnego ćwiczenia umysłu przynosi także ważną refleksję dotyczącą filozofii nauki. Otóż to nie humanistyka ma problem przez to, że nie dostarcza odpowiedzi na ważne pytania, ale proble­mem jest – paradoksalnie – łatwość z jaką odpowiedzi na różne pytania dostarczają nauki wspiera­jące technologię. Nie są to jednak odpowiedzi ważne w kontekście kondycji człowieka w otoczeniu tej technologii. W opozycji do tak ujętego prymatu nauk technologicznych stają myśliciele post-moderny. Niestety czynią to często próbując wykorzystać pojęcia z zakresu nauk ścisłych, co przy­nosi efekt obracający się przeciw nim.
Nauka dostarcza paliwa technologii, czyli tej niewidzialnej współczesnej formie magii, która niesie i organizuje nasze życie. Technologia – używając aparatu pojęciowego Kuhna – jest super-paradygmatem. Technologia tworzy sztuczne środowiska w sposób, który uznajemy za zupełnie naturalny. Jeśli humanistyka miałaby się jakoś wiązać z naukami ścisłymi, to powinna swoją moc wykorzystać do demaskowania skutków wpływu niewidzialnej technologii na nasze życie. Humanistyka nie może już tkwić tylko w obszarze kultury lub w pozycji dystansu do współczesności.
Nie jest celem autorów „Modnych bzdur” obalenie racjonalności czy nawet sensu użyteczności humanistyki. Przeciwnie: kryje się tu postulat powrotu humanistyki do swojej pierwotnej warstwy. Nie można uciekać od filozofowania poprzez technologiczne skróty myślowe. Myśliciele post-modernistyczni znaleźli się na celowniku Sokala i Bricmonta poprzez ułatwienie sobie ścieżki krytyki poprzez wykorzystanie metodologii nauk ścisłych do celów humanistycznych. Znaleźli oni po­łączenie z naukami przyrodniczymi nie za pomocą fundamentalnych pytań filozoficznych, ale tworząc quasi-filozoficzne problemy oparte na dokonaniach badań empirycznych. Ponadto – jak trafnie zauważają Sokal i Bricmont – często intelektualiści nie mają świadomości co oznaczają pojęcia nauk ścisłych, którymi się posługują.
Rozważania na temat istoty nauki obecnie w dużym stopniu powinny dotyczyć wyznaczenia granic między nauką a nie-nauką. Uprzednio to, co określano jako rozważania epistemologiczne na temat nauki były właściwie jedynie kogniwistyką, a więc nauką o zdobywaniu wiedzy. Nauka, a raczej pewnie jej powab przeniknął do codziennego życia i do myślenia zdroworozsądkowego.
O ile ma to swoje konsekwencje kulturowe na mniejszą i większą skale, o tyle jest to poważniejszy problem w obrębie samej społeczności naukowej. Jeśli przyjąć za Kuhnem i Lakatosem, że to zgoda społeczności naukowej decyduje o tym, co jest prawdziwie, to w przypadku problemów mocno nieintuicyjnych staje przed dużo poważniejszym problemami, często też natury etycznej.
Rozpowszechniające się np. ruchy antyszczepionkowe czy antysystemowe mogą okazać się katastrofalne w skutkach. Problem w tym, że nauka zasila rozwój technologiczny, który z kolei umożliwia już od dawna indywidualistyczny model życia, tj. taki, który w dużej mierze wyzwolił się spod panowania zewnętrznych sił i idei. A jednak wciąż różne idee nad nami panują, a różnica polega na tym, że ludzie sami je na siebie narzucają, bądź oddają w ręce reprezentantów, którzy rzekomo są wolni od „nieludzkich” założeń teoretycznych. Tym samym reprezentanci ci w sposób arbitralny definiują pojęcie człowieczeństwa. To my na to im pozwalamy.
Wolność, która możliwa stała się m. in. dzięki nauce jest zarówno darem, jak i brzemieniem, które dla większości ludzi wydaje się trudne do uniesienia. Ta nowa technologiczna wolność wymaga racjonalności. Racjonalność potrzebna jest zarówno w społeczeństwie, jak i w samym globalnym kolektywie naukowym. Nie jest to jednak coś uniwersalistycznego i skończonego. Racjonalność naukowa opiera się na ciągłej weryfikacji i refleksji, nawet jeśli jest ona opóźniana przez indywidualistyczne dążenia.
Im więcej indywidualizmu zapewnia cywilizacja techniczna, tym bardziej obdarzone wolnością „kolektywy jednostek” kwestionują tę cywilizację. Dzieje się to niejako na wzór kolektywów naukowców. Dziś każdy ma jakieś poglądy, a nawet światopogląd. Kiedyś wystarczała wiara. Właściwie dzisiejsze poglądy też są rodzajem wiary, ale ogołoconej z symbolicznego wymiaru. Nauka natomiast nie jest i nie powinna być czymś, w co się wierzy. Tymczasem humanistyka i nauki społeczne dostarczają nam wiedzy o tym, że ludzie potrzebują kultury w pierwotnym sensie, tj. takich form życia społecznego, które są oparte właśnie na wyobrażeniach, wierzeniach, mitach i rytuałach, a nie na faktach.
Mrzonką jest powrót do świata opartego na mitycznych przekonaniach. Dlatego tworzymy nowe mity. Są to mity na temat tego, co nas niesie, ogarnia i tworzy - mity na temat technologii (nie rozumianej tylko jako wytwarzanie). Nie jest problemem sytuacja, w której ktoś twierdzi, że Ziemia jest płaska. Nie ma też w tym logicznego fałszu w odniesieniu do potocznego doświadczenia.
W codziennym życiu raczej nie jest nam do niczego potrzebna świadomość kulistości ziemi czy wiedza o kosmologicznych konsekwencjach ogólnej teorii względności. Natomiast jeśli nasza ignorancja zaczyna przybierać aktywny wymiar, który godzi w osiągniętą dzięki nauce i technologii indywidualność, a ponadto jeśli dzieje się to w ramach instytucji odpowiadającej za nasze życie, to należy reagować.
Sama nauka nie jest tu bez winy. Nauka chcąc się przypodobać, ale też ze społecznej konieczności (przez wymóg edukacji), podaje sama siebie w uproszczonej formie poprzez tzw. popularyzację. Nie możemy i nie powinniśmy zatrzymywać tej tendencji – to na wskroś pozytywne i niezbędne. Jednak wraz z usprawnieniem technologicznym społecznych instytucji takich jak szkolnictwo, medycyna, praca, rodzina, ubezpieczenia społeczne czy gospodarka doprowadziliśmy do sytuacji, w której nauce po prostu trzeba wierzyć. Z drugiej strony powstała próżnia po poważnym osłabieniu instytucji religii.
Wiara nie może być poddana falsyfikacji, ani też nie może przejść żadnej innej próby wyznaczonej przez metodologię naukową. Bezrefleksyjne społeczne uznanie dla instytucji społecznych posługujących się dokonaniami nauki może prowadzić nas w ślepy i niebezpieczny zaułek. [Michał Bi1] 
To nie brak naukowego podejścia jest współcześnie największym problemem lecz przeciwnie – powoływanie się na naukę, czyli swoista ideologia nauki. Najbardziej problematyczne jest to, że traktując instrumentalnie naukę wykorzystuje się jej autorytet bazując głównie na jej metodach. Pomijając to, iż nie do końca rozumiemy te metody, to oprócz tego naukowe poznanie nie charakteryzuje się tylko w metodzie. Naukę cechuje przede wszystkim autorefleksyjność, która wyraża się w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o (1) cele, (2) metody przez nią stosowane oraz (3) stopień realizacji celów[13]. Jeśli wybieramy jakąś powierzchowną cechę nauki i używamy jej do podpierania swojej osobistej wiedzy o świecie, to można to porównać do mieszania kijem w zupie potoczności, ale nic z tej zupy nie wyciągamy. Ewentualnie możemy się tylko pobrudzić.

Michał Biedziuk

BIBLIOGRAFIA

    Postman Neil, Technopol. Trium techniki nad kulturą, PIW 1995
    Chalmers Alan, Czym jest to, co zwiemy nauką?, Wrocław 1993
    Judycki Stanisław, O dzisiejszym stanie epistemologii,
http://www.kul.pl/files/108/O_dzisiejszym_stanie_epis.pdf
również w: Hetmański Marek (red.), Epistemologia współcześnie, Universitas, Kraków 2007
    Sokal Alan, Bricmont Jean, Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów,  Prószyński i S-ka, Warszawa 1998


Przypisy


[1]N. Postman, Technopol. Trium techniki nad kulturą, PIW 1995, s. 47
[2]A. Chalmers, Czym jest to, co zwiemy nauką?, Wrocław 1993, s. 98-99
[3]Cytaty za: N. Postman, op. cit., s. 42
[4]A. Chalmers, op. cit., s. 21
[5]Ibidem., s. 64-65
[6]A. Chalmers, s. 110-111
[7]Ibidem, s. 132
[8]Ibidem, s. 137
[9]Sytuację tę opisuje Stanisław Judycki w swoim arytkule pt. „O dzisiejszym stanie epistemologii”:
http://www.kul.pl/files/108/O_dzisiejszym_stanie_epis.pdf
[10]Patrz: A. Sokal, J. Bricmont. Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów,  Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 85-91
[11]A. Chalmers, op. cit., s. 115
[12]N. Postman, op. cit., s. 183-184
[13]A. Chalmers, op. cit., s. 208



wtorek, 16 stycznia 2018

Jak rozumem metodologię nauk przyrodniczych ?

Poniżej przedstawię definicje pojęcia nauka oraz metoda naukowa „(...)Nauka jest systemem należycie uzasadnionych pojęć, twierdzeń i hipotez zawierających możliwie obiektywną i adekwatną na danym etapie rozwoju poznania naukowego i praktyki społeczno-gospodarczej wiedzę. Jest to wiedza o przedmiotach (obiektach), zjawiskach, procesach, strukturach, zależnościach i prawidłowościach w określonej dziedzinie lub dyscyplinie naukowej. Jest wytworem odkrywczej działalności badawczej, stanowiącą najwyżej rozwiniętą postać świadomości społecznej. Mówiąc prościej nauka w aspekcie treściowym to zasób obiektywnej wiedzy o przyrodzie, społeczeństwie lub człowieku, o związkach miedzy nimi, genezie i rządzących nimi prawidłowościach. W aspekcie treściowym jest ona przedmiotem wyspecjalizowanej praktyki. W polskiej tradycji i znaczeniu potocznym nauka pojmowana jest również jako przekazywanie i przyswajanie wiedzy. Obejmuje ona, zatem system dydaktyczny i proces nauczania - uczenia się. Stanowi, więc aspekt edukacyjny (dydaktyczny) nauki. Wiedza, bowiem poddana jest ustalonym wymaganiom treściowym i metodycznym. Jest ona zorganizowana i realizowana jako przedmiot, kierunek studiów i w rezultacie jako dyscyplina naukowa w dydaktyczno-naukowych jednostkach organizacyjnych w postaci szkół, uczelni wyższych, instytutów naukowych, ośrodków badawczych i innych placówek edukacji narodowej. Takie ujęcie nauki pozwala rozpatrywać ją w aspekcie instytucjonalnym.(...)

Jako metodę naukową rozumie się: całokształt sposobów badawczego docierania do prawdy i pojęciowego przedstawiania jej, sposób uzyskiwania materiału naukowego do prowadzenia badań. W pierwszym znaczeniu metoda naukowa to ogół czynności i sposobów niezbędnych do rozwiązywania problemów naukowych, do tworzenia prac naukowych i do oceny wyników tych działań. W jej obrębie mieści się metoda badań naukowych, rozumiana jako sposób zdobywania materiałów do badań, stanowiących podstawę do opracowania teoretycznego, do rozwiązania problemu naukowego, a w końcu – do napisania pracy naukowej. Metody badań stosowane do rozwiązania określonego problemu nazywane są metodami roboczymi. Dzięki stosowaniu metody naukowej nauka rozwija się prawidłowo i poszerza zakres naszej wiedzy. Metoda naukowa powinna być przystosowana do przedmiotu badań. Niektóre jednak zasady pracy badawczej są uniwersalne – dla wielu przedmiotów badań i dla wielu nauk. Jednym z podstawowych procesów w metodzie naukowej jest replikacja, czyli powtórne przeprowadzanie badań naukowych w celu ich weryfikacji.

Odpowiedź na pytanie "jak ja rozumiem metodologię nauk przyrodniczych", dla osoby takiej jak ja, która nigdy się nad tym nie zastanawiała i rozpoczęła studia po wieloletniej przerwie w edukacji, jest bardzo trudna. Według mnie, bez wspierania się literaturą, jest to określenie sposobu, zbiór metod badania przyrody. Przyroda, kojarzy się tym, co było zawsze wokół nas i tym, nad czym na co dzień przeważnie się nie zastanawiamy, nie skupiamy. Dopiero, gdy pojawi się jakiś bodziec, impuls, większość z nas zaczyna uważnie obserwować otoczenie. Część z nas od dziecka związana jest z przyrodą, wychowuje się z wpojonymi zazwyczaj przez rodziców wartościami. Część z nas nawiązuje z nią kontakt przypadkowo. Część związuje z przyrodą swoje wykształcenie i pracę zawodową. Ja należę do tej grupy, która wychowała się w silnym związku z przyrodą, jednak bez świadomości czym jest i jak jest ważna. Potem właściwie zapomniałam o jej istnieniu, a potem los sprawił że zdałam sobie sprawę że zapomniałam. Musiałam się nad tym zastanowić żeby napisać pracę na temat "Jak (ja) rozumiem metodologię nauk przyrodniczych". Moja praca zawodowa nie ma z tym nic wspólnego. Trudno jest mi w tej sytuacji bez pomocy z zewnątrz snuć rozważania na ten temat.

Dzisiaj dostęp do informacji jest bardzo prosty, kiedyś musiałabym spędzić sporo czasu w bibliotekach. Wystarczy wpisać temat pracy w wyszukiwarkę i mamy gotowe materiały do eseju. Jednak temat metodologii nie jest zbyt łatwym tematem. Pełno jest prac na temat metodologii nauk np. zarządzania, pedagogiki. Pełno jest prac, w których użyto słownictwa, którego nie rozumiem. Jestem dwa razy starsza od większości studentów. Przez ostatnie lata zajmowałam się wychowaniem dziecka i pracą ogromnie angażującą czasowo i emocjonalnie i zupełnie nie rozwijającą. Teraz kiedy muszę pisać pracę, czuję w głowie pustkę. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę jak mało wiem. Kolejny dzień spędzam na rozważaniach, jak odpowiedzieć na postawione pytanie.

Wychowałam się w małej wiosce pomiędzy Kętrzynem a Reszlem. Kiedy jeszcze rodzinny dom kojarzył mi się z beztroskim dzieciństwem lubiłam tam wracać jako osoba dorosła i spędzać tam czas. Lubiłam wędrować trasami wydeptanymi w dzieciństwie w lesie, którego już dziś nie ma. Lubiłam wędrować ścieżkami w zaroślach, które wtedy wydawały się wielkie i tajemnicze, pełnych ruin. Teraz od dawana są zaorane. Doceniam dopiero teraz, że mogłam tak dorastać. Że mogłam jeść warzywa prosto z ogródka, zajadać się czarnymi porzeczkami, spędzić pół dnia na wiśni w ogródku, patrzeć na kształty utworzone przez wyciekającą z pnia żywicę, obserwować godzinami żyjątka w stawie. Robić fikołki na miękkiej łące, zastanawiać się jak smakuje trawa skoro koń ją tak apetycznie wsuwa. Mogłam nurkować w kopcach siana, wygrzebywać nory w pszenicy zwiezionej późnym latem do stodoły, błądzić w polu kukurydzy, zbierać skorki do pudełka po zapałkach. Dzisiaj to tylko wspomnienia. Żałuję, że moja córka nie miała takich doświadczeń.

Wychowałam się dość blisko przyrody. Przypuszczam, że odkąd gatunek ludzki istnieje, interesował się wszystkim wokół, kiedy zdobył już jakąś wiedzę, choćby na początek niezbędną do przeżycia, musiał ją tylko usystematyzować, żeby przekazać potomstwu, ustalić jakieś metody ułatwiające zdobywanie, gromadzenie i przekazywanie tej wiedzy. Dalej już prosta droga do badań naukowych mających na celu poznawanie świata we wszystkich aspektach i dalej, co wydaje się niezbędne, ustalanie metod i procedur, zakresu tych badań mających na celu opisanie otaczającej rzeczywistości. Należy zwrócić uwagę na występujące zjawiska i przebieg różnego rodzaju procesów oraz warunki, w których występują, związek między nimi. Wydaje mi się że konieczne jest tutaj poznanie empiryczne. Wydaje mi się, że odkąd istnieje ludzkość, odtąd wywiera wpływ na przyrodę a przyroda na ludzkość. Nie da się chyba obu tych aspektów dzisiaj oddzielić. W metodologii badań należy najpierw wskazać ogólne założenie badań, zebrać i ocenić dotychczas zebrane informacje i stosowane metody, pod kątem tego, co wniosły do tej pory i co nowego możemy w trakcie badań wnieść my sami. Wydaje się, że niezbędne jest zawężenie zakresu tych badań. Wybranie właściwych metod dotychczas już sprawdzonych a być może wypróbowanie nowych. Właściwymi metodami będą tutaj obserwacja i eksperymenty. Wydaje się, że w przyrodzie występują stałe zjawiska i procesy, na które jednak człowiek może mieć wpływ. Na koniec należy ocenić wynik badań pod kątem podobieństwa do wyników badań poprzedników i naszych założeń. Warto byłoby zastanowić się co miało wpływ na ewentualne różnice. Do wyciągnięcia prawidłowych wniosków niezbędna jest jak największa znajomość zagadnienia, czyli przedmiotu badań, dotychczasowych wyników, zastosowanych metod i narzędzi zarówno przez poprzedników jak i przez nas.

Przeglądając materiały z zakresu metodologii badań, znalazłam informacje, z których wynika że nauki przyrodnicze należy oddzielać od nauk humanistycznych, ponieważ nauk humanistycznych nie można ująć w sposób matematyczny. Znalazłam też informacje o "matematyzowaniu" nauk humanistycznych np. socjologii, językoznawstwie. Nauki przyrodnicze od humanistycznych różnią się głównie przedmiotem badań, co wymusza zastosowanie rożnych metod, technik, narzędzi badań, które prawdopodobnie można jednak mieszać.

Ewa Macińska


źródła: